Artykuł

Las katyński

[Praca antykomunisty z Londynu, która podważa oficjalną wersję zbrodni katyńskiej]

Jednym z przywilejów wolnej osoby, jest prawo do pisania i publikowania tego, czego się chce. Okazało się jednak, że skorzystanie z tego przywileju było dla mnie dość trudne. Gdy przybyłem do Anglii w 1968 r. z rękopisem mojej książki „W obliczu Czerwonego Trybunału” zawierającej rozdział, w którym kwestionowana jest wersja morderstwa katyńskiego przedstawiona przez polski rząd w Londynie w 1943 r.. Moje podejście do całego problemu, inne niż ogólnie przyjęte, nie wzbudziło sympatii polskiej gminy w Anglii, co bardzo utrudniło wydanie mojej książki. W końcu znalazłem wydawcę, który zgodził się ją opublikować pod warunkiem usunięcia kontrowersyjnego rozdziału o Katyniu. Nie było wyjścia, musiałem zaakceptować warunek, a moja książka została ostatecznie opublikowana.

Z natury jestem upartą osobą, a poza tym irytowała mnie nietolerancja odmiennej opinii wśród polskiej emigracji. Upierałem się i postanowiłem udowodnić, że mam rację. Natychmiast udałem się do archiwum londyńskiego, gdzie przestudiowałem znaczną liczbę dokumentów z okresu drugiej wojny światowej, poczynając od kwietnia 1943 r. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu znalazłem niezwykle interesującą korespondencję dyplomatyczną między Moskwą a Londynem, przez co stało się dla mnie zupełnie jasne, że w 1943 r. Rząd brytyjski był w pełni przekonany, że masowe zamordowanie polskich oficerów w Katyniu było dziełem nazistów. Prezydent USA Roosevelt był tego samego zdania.

Po przestudiowaniu wszystkich dokumentów związanych z Katyniem w końcu zrozumiałem, dlaczego Brytyjczycy wywierali tak niegrzeczną presję na ówczesnego polskiego premiera, generała Sikorskiego, by wycofał wniosek polskiego rządu do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie o przeprowadzenie dochodzenia w sprawie zbrodni katyńskiej.

W 1988 roku opublikowałem książkę w języku angielskim zatytułowaną „Las katyński”, na podstawie dokumentów archiwalnych. W tej publikacji bezpośrednio winię Niemców za zamordowanie polskich oficerów. „Las katyński” spotkał się z nieprzyjaznymi recenzjami w polskiej prasie i ostrą krytyką polskiej prasy na emigracji. Co skłoniło mnie do napisania tej książki? W maju 1950 r. Znalazłem się w sowieckim obozie w Workucie wśród niemieckich jeńców wojennych, członków polskiej milicji, własowców, banderowców, którzy walczyli po stronie Niemiec, a także wśród różnych przeciwników sowieckiego reżimu totalitarnego. Tam, w obozach, często dyskutowano o sprawach dotyczących zbrodni katyńskiej.

Będąc emigrantem z Anglii, wierzyłem wówczas, że polskich więźniów w Katyniu rozstrzelało NKWD – poprzednik KGB. Wierzyłem w to, dopóki moi bracia w areszcie nie powiedzieli mi nowych, nieznanych szczegółów dotyczących tego problemu. Często zacząłem o tym myśleć i z czasem, pod wpływem nowych odkryć, wersja katyńska zaprezentowana przez niemieckie radio w kwietniu 1943 r. i, powtarzane przez polski rząd w Londynie, zaczęły mi się wydawać coraz bardziej wątpliwą historią.

Podczas mojego siedmioletniego pobytu w różnych obozach spotkałem setki żołnierzy niemieckich, którzy powiedzieli, że po oblężeniu Smoleńska latem 1941 r. Widzieli obozy z polskimi jeńcami wojennymi na okupowanym przez Niemców terytorium ZSRR. Spotkałem także niektórych mieszkańców okolic Smoleńska, potwierdzali oni świadectwa niemieckich jeńców.

Ale ostatecznie moja opinia na temat Katynia zmieniła się po tym, jak spotkałem polskiego oficera w obozie nr 4 w Norylsku. Kapitan Władysław Żak z Krakowa, który został schwytany we wrześniu 1939 r., Nie miał powodu kłamać, gdy powiedział mi, że uniknął tragicznego losu polskich oficerów w Katyniu tylko dlatego, że dwa tygodnie przed rozpoczęciem wojny niemiecko-radzieckiej został przeniesiony przez NKWD z obozu pod Smoleńskiem do więzienia, które było w Moskwie. Jego zeznanie w końcu przekonało mnie, że reakcyjne elementy polskiego rządu na uchodźstwie zaakceptowały niemiecką wersję Katynia bez jej studiowania, wcale nie dlatego, że wydawało się im to prawdziwe, ale dlatego, że znacznie podważyły wschodnią politykę generała Sikorskiego, którego wysokiej rangi politycy „sanacyjnego” reżimu postanowili wycofać z rządu. Ponadto, oskarżając Rosjan o zabijanie polskich oficerów, zyskali dla siebie korzyści polityczne, ponieważ zaostrzyło to wśród Polaków wrogość do Rosjan.

Brytyjczycy i Amerykanie, którzy po wojnie budowali politykę zachodnioeuropejską, widzieli w Związku Radzieckim zagrożenie dla swoich wpływów w Europie. Użyli oni kwestii katyńskiej jako broni psychologicznej, aby zdyskredytować NKWD, siać niezgodę wśród narodów dotkniętych wpływami sowieckimi i sprzeciwić się całemu systemowi komunistycznemu.

Planowałem opublikować książkę o Katyniu w języku polskim w 1990 r., ale w świetle oświadczenia TASS na to pytanie, wydane w kwietniu, wydałem instrukcje, aby zawiesić drukowanie, dopóki nie dowiem się, gdzie wiatr wieje w nowej polityce radzieckiej. Muszę zauważyć, że kwietniowe oświadczenie TASS było dla mnie zaskoczeniem, ale w żaden sposób nie podważyło przekonania, że Niemcy popełnili zbrodnię w Katyniu.

Z drugiej strony, odnosząc się do odkryć Lebiediewy dotyczących śmierci polskich oficerów opublikowanych niedawno przez „Moskowskije Nowosti”, muszę powiedzieć, że nie znalazłem tutaj niczego nowego dla siebie. I nawet nie musiałem zaglądać do archiwów radzieckich, ponieważ dla każdego byłego więźnia sowieckich obozów pracy jest całkowicie oczywiste, że od momentu schwytania polskich oficerów automatycznie podlegali oni NKWD, i to nie tylko od kwietnia 1940 r., ponieważ tak powiedziała Lebiediew. Ale jednej rzeczy wciąż nie rozumiem: dlaczego ani w oświadczeniu TASS, ani w artykule Lebiediewy nie jest faktem, że podczas operacji wymiany ludności między Niemcami a Związkiem Radzieckim ogromna większość polskich oficerów z obozów Kozielskiego, Ostaszkowskiego i Starobielskiego została przeniesiona na stronę niemiecką w 1940 r. W końcu w polskiej prasie na emigracji, którą czytałem kilka razy, doniesiono, że przedstawiciele polskiego Czerwonego Krzyża wiedzieli o wymianie polskich jeńców wojennych. Dotyczy to tych, których rodziny pozostały w niemieckiej strefie okupacyjnej w Polsce lub które mieszkały tam przed wojną. Napisali też, że przedstawiciele Polskiego Czerwonego Krzyża z paczkami żywności czekali na przybycie polskich jeńców wojennych ze Związku Radzieckiego w pobliżu miasta Brześć.

Ponadto pułkownik Adam Sawczyński, który został uwięziony przez Niemców w obozie 2B w Arnswaldzie (Hoštšno) w 1939 r. dla polskich jeńców wojennych, powiedział po zakończeniu II wojny światowej, że w obozie w tamtych czasach każdy wiedział o wymianie polskich jeńców między Niemcami a Związkiem Radzieckim. On i inni polscy oficerowie zapisali się na wymianę ich stronie radzieckiej, ponieważ myśleli, że mogą dalej walczyć o Polskę w Związku Radzieckim. Wymiany dokonano tylko ze strefy radzieckiej, ponieważ Niemcy chcieli osiągnąć zwolnienie maksymalnej liczby polskich oficerów. Naziści bardzo dobrze rozumieli, że gdy tylko rozpocznie się wojna ze Związkiem Radzieckim, którą już zaplanowali, polscy oficerowie wzięliby czynny udział w walce z Niemcami. Oczywiście nie chcieli mieć dodatkowych bagnetów przeciwko sobie.

Ponieważ prasa radziecka od kwietnia tego roku (1990 r.) nie opublikowała nic nowego na temat kwestii katyńskiej, doszedłem do wniosku, że zmiana nastawienia rządu sowieckiego do tej kwestii była spowodowana bezkompromisowym stanowiskiem strony polskiej. Nikomu nie jest tajemnicą, że nowy polski rząd, silnie uzależniony od Solidarności, nie dał Moskwie żadnego pola manewru, używając oświadczenia stwierdzającego, że nawiązanie prawdziwie przyjaznych stosunków z ZSRR byłoby możliwe, gdyby rząd sowiecki przejął odpowiedzialność za zabicie polskich oficerów w Katyniu.

Jednocześnie podróż generała Jaruzelskiego do ZSRR nie była bynajmniej wypadkiem. Przyleciał do Moskwy, aby przeprosić, a przynajmniej przekonać prezydenta Gorbaczowa, że osobiście, jako towarzysz, zna prawdę o Katyniu, ale inni Polacy myślą inaczej i są przekonani, że polscy oficerowie zostali zabici przez NKWD. I to powinien być poważny dylemat dla Gorbaczowa, ale najwyraźniej ten elastyczny polityk radziecki postanowił spotkać się z Polakami w połowie drogi, wiedząc dobrze, że prawda nie jest tak naprawdę bardzo ważna w polityce. Dlatego oceniając swoją strategię z czysto politycznego punktu widzenia, Gorbaczow zyskał poparcie Polaków, jeszcze większe zaufanie Zachodu i dożywotnią wdzięczność Niemców. Po raz kolejny udowodnił całemu światu, że nie ma sobie równych wśród współczesnych polityków. Biorąc to pod uwagę, mogę powiedzieć tylko jedno: niech Polacy myślą. Nie mogę uwierzyć, że Stalin był tak głupi, że zbliżył polskich oficerów do polskiej granicy tylko po to, by ich zabić. Jak chcecie, ale jedno nie pasuje do drugiego. Dla mnie Katyń nosi piętno nazistowskiej zbrodni. System komunistyczny Stalina pozbywał się swoich przeciwników, wysyłając ich do odległych obozów na arktycznej Syberii, z których prawie nikt nie wracał, a kiedy notoryczna „trojka” skazywała na śmierć, więzień był zwykle zabijany w tym samym więzieniu.

Dlatego uważam, że Stalin, a nie Hitler, powinien ponosić odpowiedzialność za Katyń tylko wtedy, gdy groby polskich więźniów z Ostaszkowa i Starobielska znajdują się w pobliżu Kalinina lub Charkowa.

PRZED przedstawieniem informacji, którymi dysponuję, chciałbym przywrócić czytelnikom do życia ówczesną sytuację polityczną, a następnie zadać pytanie: kto wygrał najwięcej na zabijaniu polskich oficerów?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, konieczne jest przynajmniej powierzchowne wyjaśnienie stosunku Niemców i Rosjan do Polaków. Wiadomo, że Niemcy rozpoczęli wojnę z Polską, ponieważ potrzebowali ziem polskich i polskich robotników. Od pierwszych dni okupacji rozpoczęli niszczenie polskiej elity intelektualnej. Działanie Rosjan we wschodniej Polsce miało inny charakter, co znalazło odzwierciedlenie w notatce rządu radzieckiego przekazanej polskiemu ambasadorowi w Moskwie.

Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzną klęskę państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni operacji wojskowych Polska straciła wszystkie obszary przemysłowe i centra kulturalne. Warszawa jako stolica Polski już nie istniała. Polski rząd rozpadł się i nie wykazywał żadnych oznak życia. Oznaczało to, że państwo polskie i jego rząd praktycznie przestały istnieć. W ten sposób traktaty zawarte między ZSRR a Polską wygasły. Pozostawiona sama sobie i pozostawiona bez przywództwa, Polska zamieniła się w dogodne pole dla wszelkiego rodzaju wypadków i niespodzianek, które mogłyby stworzyć zagrożenie dla ZSRR. Dlatego też, będąc dotychczas neutralnym, rząd radziecki nie mógł być dłużej obojętny na te fakty, a także na fakt, że Ukraińcy i Białorusini,żyjący w Polsce, pozostawieni losowi, pozostawali bezbronni. W związku z tą sytuacją rząd radziecki nakazał Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej rozkazać żołnierzom przekroczenie granicy i objęcia ochroną życia i mienia ludności zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi. Po tym wydarzeniu wojna między Polską a Związkiem Radzieckim została oficjalnie zakończona, a Polska nie stanowiła już zagrożenia dla ZSRR. Te elementy z polskiej populacji, które były jeszcze niebezpieczne, zostały deportowane przez władze radzieckie w różnych regionach Syberii w 1940 r.

Sytuacja z Niemcami była dokładnie odwrotna. Pomimo faktu, że wojska niemieckie zajęły Polskę, wojna między dwoma państwami trwała, gdy polscy żołnierze walczyli z Niemcami we Francji i Anglii, więc każdy polski oficer stanowił potencjalne zagrożenie dla Niemców.

Według polskich statystyk we wrześniu 1939 r. Rosjanie schwytali od dziesięciu do dwunastu tysięcy polskich oficerów. Wiadomo również, że większość z nich była przetrzymywana w dwóch obozach: w Kozielskim, w którym mieszkało około 4500 osób, i w Starobielskim, około czterech tysięcy oficerów. W Ostaszkowie był trzeci obóz, w którym znajdowało się około 400 oficerów, reszta to oficerowie, podoficerowie, zwykła policja, żandarmeria polowa, agencje wywiadowcze, straż graniczna i straż więzienna.

Kozielsk to długoletnia rezydencja szlacheckich polskich rodów Ogińskiego i Puzyny, położona 250 km na południowy wschód od Smoleńska. Obóz znajdował się w budynkach dawnego klasztoru, który obejmował główny kompleks budynków i „klasztor”, otoczony lasem i położony pół kilometra od głównego kompleksu.

Pod koniec listopada 1939 r. Kozielsk stał się obozem oficerskim, w którym mieszkało około pięciu tysięcy osób. Do początku kwietnia 1940 r. Tylko nieznaczne grupy więźniów i osoby opuszczały obóz (to samo działo się w obozie Starobielskim). W przeddzień Bożego Narodzenia 1939 r. Wszyscy księża, z wyjątkiem ojca Szelkowskiego, zostali wywiezieni z obozu. Z całej tej grupy przeżył tylko ks. Ks. Kantak, profesor seminarium w Pińsku.

Usunięcie więźniów z obozów zakończyło się na początku kwietnia 1940 r. Wśród odchodzących było kilku wyższych oficerów: generałowie B. Bohatyrewicz, H. Minkiewicz, M. Smorawiński, J. Wołkowicki i kontradmirał Czernicki.

Wśród oficerów niższej rangi było około 100 pułkowników i podpułkowników, 300 głównych, 1000 kapitanów, dwa i pół tysiąca pierwszych i drugich poruczników, 500 kadetów szkół wojskowych. Całkowita liczba oficerów wynosi około 4500, w tym 200 pilotów wojskowych i 50 oficerów marynarki wojennej. Około 50 procent z ostatniej partii więźniów byli to oficerowie rezerwowi, w tym 21 profesorów i profesorów uniwersyteckich, ponad 300 lekarzy (chirurgów i terapeutów), z których wielu było wybitnymi specjalistami, kilkuset sędziami, prawnikami, urzędnikami, pracownikami sądowymi, setkami inżynierów uniwersyteckich, nauczycielami , dziennikarze, biznesmeni itp.

Starobielsk to miasto powiatowe we wschodniej części Ukrainy, na południowy wschód od Charkowa. Polski obóz znajdował się w pobliżu dawnego klasztoru, którego mury obejmowały działkę o powierzchni około 15 hektarów z dużą cerkwią pośrodku. W lewym skrzydle kompleksu znajdował się inny, niewielki kościół i kilkanaście różnych budynków z cegły i drewna. W latach porewolucyjnych klasztor był wykorzystywany jako obóz przejściowy dla więźniów transportowanych dalej na wschód. Następnie, aż do przybycia Polaków, przechowywano tam zboże.

Od końca listopada 1939 r. Do pierwszych dni kwietnia 1940 r., kiedy zabrano ostatnie grupy więźniów, w obozie przebywali wyłącznie polscy oficerowie i oficerowie rezerwowi, w sumie około czterech tysięcy osób. Około połowa z nich została schwytana po kapitulacji Lwowa i zesłana na wschód, wbrew warunkom kapitulacji. Inni zostali schwytani jako jeńcy wojenni lub aresztowani w różnych częściach wschodniej Polski w wyniku nakazu rejestracji obowiązującego na okupowanych terytoriach.

Całkowita liczba jeńców wojennych, a także charakter ich przetrzymywania w obozie, pozostały niezmienione do początku kwietnia 1940 r. jak z obozu Kozielskiego, stąd oficerowie byli wywożeni w małych grupach, z których większość zniknęła bez śladu. W momencie rozpoczęcia ewakuacji więźniów, według polskich władz, w obozie przebywało 8 generałów, 150 pułkowników i podpułkowników, 230 majorów, 1000 kapitanów, 2450 poruczników I i II, 30 kadetów i 52 cywilów. Szacunkowa liczba więźniów wynosi 3910, w tym kilkuset oficerów polskiego lotnictwa, cały personel Instytutu Ochrony Chemicznej, chirurdzy, księża wszystkich wyznań. Wśród oficerów rezerwy było kilkuset profesorów uniwersyteckich i profesorów, około 400 wojskowych i cywilnych chirurgów i terapeutów, kilkuset wykształconych inżynierów, pracowników wymiaru sprawiedliwości, prawników, sędziów, wielu nauczycieli szkół, poetów, pisarzy, dziennikarzy, biznesmenów,

Ostaszków to prowincjonalne miasto położone na północny zachód od Kalinina (Twer) nad jeziorem Seliger, na odcinku linii kolejowej między stacjami Wielkie Luki i Bołogoje. Sam obóz znajdował się na wyspie jeziornej 15 km od miasta i, podobnie jak powyższe obozy, znajdował się na terenie dawnego klasztoru.

Od listopada 1939 r. Do początku kwietnia 1940 r., tj. Do początku ewakuacji obozu, w mieście znajdowało się około 6500 więźniów. W przeciwieństwie do dwóch wspomnianych wcześniej obozów, ten nie był oficerski. Było tam tylko około 400 oficerów, z których 300 należało do żandarmerii, podczas gdy reszta oficerów, sierżantów i szeregowców pochodziła z wywiadu, straży granicznej, policji okręgowej i strażników więziennych.

Ze wspomnień oficerów przetrzymywanych w Kozielsku i Starobielsku wiemy, że na początku 1940 r. Wszystkie trzy obozy odwiedzały komisje kontrolne i badały jeńców wojennych, podczas których więźniowie byli szczepieni przeciwko durowi brzusznemu i cholerze; dane zostały zebrane i zarejestrowane dla każdej osoby jak data i miejsce urodzenia, adres ostatniego miejsca zamieszkania, zawód przed wojną i miejsca, w którym zamierza się osiedlić po zwolnieniu z niewoli. Po zakończeniu prac komisji więźniowie zostali podzieleni na grupy terytorialne, to znaczy zgodnie z obszarem, w którym mieszkali przed wojną. Jednocześnie pojawiły się pogłoski, że ludzie z centralnej i zachodniej części Polski wkrótce zostaną odesłani do domu. I rzeczywiście – od kwietnia 1940 r. Kierownictwo obozów zaczęło wysyłać do Smoleńska grupy 200–300 jeńców wojennych, skąd oficerowie mieszkający w zachodniej i środkowej Polsce zostali wysłani do Brześcia, a reszta trafiła do obozów w regionie smoleńskim. Teraz trudno mi powiedzieć, ile tysięcy polskich oficerów zostało przekazanych Niemcom przez władze radzieckie od kwietnia 1940 r. Do wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej w 1941 r..Wiadomo tylko jedno: jak tylko polscy oficerowie przekroczyli granicę niemiecką, nie otrzymano żadnych informacji o nich aż do 13 kwietnia 1943 r., Kiedy niemieckie radio nadało sensacyjny komunikat dla całego świata o odkryciu masowych grobów zabitych polskich oficerów w lasach katyńskich. Mam powody sądzić, że część, być może od dwóch do trzech tysięcy funkcjonariuszy znalezionych w lasach katyńskich, została wywieziona z okupowanego przez Niemców regionu smoleńskiego w 1941 r., A reszta z innych miejsc znanych tylko Niemcom. Znając historię okrucieństw popełnianych przez nazistów, nie mam wątpliwości, że Niemcy zaplanowali to morderstwo i przeprowadzili je ze zwykłą dokładnością. Wiedzieli, że nagłe zniknięcie kilku tysięcy polskich oficerów, którzy, jak wszyscy wiedzieli, zostało uwięzionych w ZSRR, spowoduje poważne podejrzenia wśród ich przyjaciół, którzy byli jeszcze w Związku Radzieckim, i stanie się kością niezgody w stosunkach polsko-sowieckich. I faktycznie po podpisaniu traktatu polsko-radzieckiego w stosunkach między naszymi krajami powstały tarcia z powodu faktu, że polscy oficerowie nie przybyli w celu zarejestrowania się w polskiej armii po ogłoszeniu amnestii.

W rzeczywistości nikt nie jest zaskoczony, że Niemcy zrobili wszystko, co możliwe, aby zasiać ziarno niezgody między Polakami a Rosjanami, ponieważ bali się zjednoczenia przeciwko Niemcom. Potwierdzając fakt, że istniał taki niemiecki spisek, cytuję fragment historii „Salus” Zdzisława Baua, opublikowanej w „Paryska Kultura” (nr 4/367/1978), która stwierdza, że w kwaterze głównej gen. Andersa na początku grudnia 1941 r. w Buzułuku były cztery osoby, którymi zajmował się porucznik Szatkowski. Twierdzili oni, że przybyli z Polski i należą do podziemnej organizacji „Muszkieterzy”, przywieźli ze sobą mikrofilm, a także pogłoski, że zaginęli polscy oficerowie zostali zabici gdzieś w pobliżu Smoleńska. Zawartość mikrofilmów pozostała nieznana, prawdopodobnie dlatego że ta czwórka w tym czasie pracowała dla gestapo w Polsce i została wysłana, by siać niezgodę w polskiej armii i nieufność wobec Rosjan. Takie prowokacje ze strony Niemców były powszechne i po raz kolejny potwierdziły, że naziści nie cofną się przed niczym, by podburzyć nienawiść między Polakami i Rosjanami i zapobiec jednoczeniu się Słowian. Z tego punktu widzenia powinniśmy rozważyć odkrycie przez Niemców grobów w Katyniu. Jest dobrze znane, że wiosną 1943 r. Niemcy wycofali się wzdłuż całego frontu wschodniego, a „odkrycie” grobów poległych nie było wcale przypadkowe, jak twierdziła niemiecka prasa i maszyna propagandowa Goebbelsa, ale był to dobrze zaplanowany i wyrachowany ruch gestapo, który chciał wzbudzić wrogie uczucia wśród Polaków wobec zbliżającej się Armii Czerwonej.

Oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę sytuację z niemieckiego punktu widzenia, to w tej całej procedurze nie ma nic nagannego. W końcu możemy powiedzieć, że Niemcy zachowywali się jak inne państwa podczas wojny, kiedy można wykorzystać każdą okazję, aby wywołać nieporozumienia we wrogich krajach lub je osłabić. Mówi się, że nie można zarzucać Niemcom, że sami Polacy dali się wciągnąć w tę sprawę, co w praktyce oznacza, że słuchali i wierzyli w propagandę Goebbelsa. Moim zdaniem Niemcy fachowo rozwiązali zagadkę katyńską. Zawiesili oskarżenie o masakrę na drzwiach Rosjan, tym samym torując sobie drogę do wycofania się na terytorium Polski. Jednocześnie spowodowali poważne spory między Polakami i Rosjanami, a jeśli dodamy, że spowodowali także nieporozumienie w obozie naszych sojuszników, to możemy powiedzieć, że osiągnęli godne podziwu sukcesy.

Nie mam wątpliwości, że Niemcy wiedzieli: w otwarciu zbrodni katyńskiej znajdą dla siebie najbardziej opłacalne wyjście, ponieważ zrozumieli, że w niedługim czasie Rosjanie ponownie zdobędą ten teren i ujawnią się tutaj wszystkie tajemnice, to jak zobaczyła miejscowa ludność polskich jeńców przed i po zajęciu tego obszaru przez wojska niemieckie, a także to, że wiedzieli jak w pierwszym okresie okupacji Smoleńska Niemcy polowali na uciekinierów z obozów z polskimi jeńcami.

Warto również zauważyć, że miejsce zwane Kozią Górą, w którym, jak wiadomo znajdował się dom rekreacyjny NKWD, otwarty dla miejscowej ludności do początku wojny, wraz z przybyciem Niemców został otoczony drutem kolczastym i ściśle strzeżony, aby nikt nie mógł się tam dostać.

Nawet Rosjanie wynajęci przez Niemców do pracy w kuchni nie mogli wejść do lokalnego lasu, gdzie później odkryto groby zabitych oficerów. Dlatego z samej natury zachowania Niemców możemy wywnioskować, że od samego początku pobytu w tym obszarze planowali morderstwo, ale robili wszystko, aby utrzymać to w tajemnicy.

Będąc w Workucie w obozie nr 10 spotkałem majora armii niemieckiej, który przebywał w okupowanym Smoleńsku od 1941 r. Dowiedziałem się od niego, że Niemcy przejęli kilka obozów z polskimi jeńcami wojennymi znajdującymi się w tym rejonie. Raz w rozmowie zapytałem go o opinię na temat Katynia. Bezpośrednio odpowiedział mi, że było to dzieło Niemców, ponieważ leżało to w ich interesie i szczerze zaskoczyły go polskie protesty. Major był zdania, że dobry żołnierz, nie mówiąc już o oficerze, powinien umrzeć, jeśli umrze jego ojczyzna. Stwierdził, że wpadł w ręce Rosjan i dobrze wie, że może umrzeć, a jeśli miałoby to nastąpić, zaakceptowałby śmierć tak, jak przystało na niemieckiego oficera. Słyszałem też od niego, że Niemcy wiedzieli o próbach generała Sikorskiego w Moskwie w celu uwolnienia polskich oficerów i żołnierzy, co ułatwiłoby zawarcie polsko-radzieckiej umowy. Major nie uznał zabójstwa tych polskich oficerów za przestępstwo. Jego zdaniem po wszystkim, co się wydarzyło, polscy oficerowie stanowili poważne zagrożenie dla Niemiec. Wielu innych niemieckich jeńców wojennych było tego samego zdania.

W obozie nr 11 w Workucie poznałem Włodzimierza Mandryka, który przed wojną i podczas okupacji pracował na głównej poczcie w Smoleńsku. Mandryk wyraźnie stwierdził, że od 1940 r. W pobliżu Smoleńska funkcjonują obozy z polskimi więźniami. Był nawet gotowy przysiąc, że zostali zlikwidowani przez Niemców. Według jego historii stało się to między sierpniem a październikiem 1941 r., Ponieważ w tym czasie listy pisane w tych obozach przestały docierać na pocztę, a wszelka korespondencja adresowana do obozów została zniszczona zgodnie z instrukcjami Niemców, Mandryk pamiętał również, że mniej więcej w tym samym czasie Niemcy ogłosili, że polscy jeńcy wojenni zostali wysłani do Polski.

Jesienią 1952 r. Zostałem przeniesiony do Norylska, gdzie w obozie nr 4 spotkałem kapitana Władysława Żaka, który został schwytany przez Rosjan we wrześniu 1939 r. Przez cały rok mieszkaliśmy w tej samej chacie i byłem świadkiem wielu dyskusji i sporów między Polakami w sprawie katyńskiej, której nieodzownym uczestnikiem był kapitan Żak, który stale zapewniał, że jest absolutnie pewien, że Katyń jest dziełem Niemców i że on podzieliłby również los swoich zamordowanych towarzyszy, gdyby nie przypadek: dwa tygodnie przed niemieckim atakiem na Związek Radziecki został przeniesiony z obozu pod Smoleńskiem do więzienia w Moskwie, gdzie został oskarżony o szpiegostwo i sabotaż, skazany na dziesięć lat więzienia. Kapitan Żak przybył do obozu pod Smoleńskiem z grupą polskich oficerów pod koniec kwietnia 1940 r. wszyscy inni Polacy, których poznałem w Norylsku, byli skłonni wierzyć, że polscy oficerowie zginęli z rąk Rosjan. Większość z nich, moi niefortunni towarzysze, pochodziła z polskiej partyzantki i po prostu bezmyślnie powtarzała informacje rozpowszechniane przez nazistowską propagandę i reakcyjne grupy polskie w Londynie.

Moim zdaniem kapitan Żak był ważnym świadkiem w sprawie katyńskiej, ponieważ jego historia w większości pokrywała się z historiami innych polskich oficerów, którzy w 1942 r. ruszyli z polską armią na Bliski Wschód.

Wśród wielu wspomnień, które czytałem o Katyniu, była książka Stanisława Swianewicza zatytułowana „W cieniu Katynia ”, a także książka Józefa Czapskiego „Na nieludzkiej ziemi”. Od nich dowiedziałem się, że polscy jeńcy wojenni w niewoli radzieckiej nie byli tak biedni oraz, że byli traktowani dość dobrze. Na przykład Józef Czapski pisze w swojej książce o obozie z polskimi oficerami, w którym w 1940 r. władze rosyjskie składały się z trzech polskich generałów: H. Minkiewicza, M. Smorowińskiego, B. Bohaterewicza. Pewnego dnia, gdy ci ostatni mieli opuścić obóz, administracja obozu zorganizowała pożegnalną kolację. Dla kogoś, kto nie zna Związku Radzieckiego, ten gest nie będzie miał innego, głębszego znaczenia. Dla mnie i innych, takich jak ja, którzy spędzili ponad rok w Związku Radzieckim, to wyraźnie wskazuje, że kierownictwo obozu w ten sposób okazywało szacunek tym wyższym oficerom. Dla mnie nawet wspomnienie o tym, że oficerowie, którzy opuścili obóz w Kozielsku, otrzymali śledzie, owinięte nie w zwykły papier, ale w wysokiej jakości nowy szary papier, sugeruje, że oficerowie wracali do Polski, a Rosjanie chcieli pokazać Niemcom, że również są cywilizowanymi ludźmi. Tak, znaczenie takich pozornie nieznaczących gestów może zrozumieć tylko osoba, która mieszka w Rosji od wielu lat. Jestem przekonany, że administracja obozu nie miała innej okazji wywrzeć dobrego wrażenia na odchodzących polskich oficerach. Tym, którzy bezmyślnie oskarżają Rosjan o zabijanie polskich oficerów, radzę przyjrzeć się drobiazgom z codziennego życia Polaków w Rosji, ponieważ to te drobne poprawki doprowadziły do ​podpisania traktatu polsko-radzieckiego w 1941 r., do uwolnienia wielu tysięcy polskich jeńców z obozów i do formowania polskiej armii w ZSRR.

W lipcu 1953 r. Wraz z grupą osób niepełnosprawnych wysłano mnie do obozu nr 233 w obwodzie irkuckim, gdzie spotkałem ojca Kozera, który bardzo interesował się sprawą katyńską. Przez ponad osiem lat w wielu obozach ojciec Kozer zebrał wiele interesujących materiałów, które doprowadziły go do ostatecznego wniosku, że zbrodnia katyńska została popełniona przez Niemców. Ale ze wszystkich ludzi, których spotkałem, najbardziej znaczące było zeznanie rosyjskiego majora, który przed wojną pracował w komisji do pozyskiwania drewna w Smoleńsku, a wraz z przybyciem Niemców, jako szpieg, znalazł pracę na kolei. Ten major powiedział mi, że jego zainteresowanie zamordowanymi oficerami zostało rozbudzone przez przypadek, gdy jeden z jego ludzi poinformował go, że Niemcy otoczyli obszar Koziej Góry drutem kolczastym i mieli napisy, że wstęp w ten obszar jest zakazany.

„Myślałem – powiedział major – że Niemcy budują tam tajny obiekt lub magazyn amunicji, więc kazałem moim ludziom to sprawdzić. Kiedy jednak doniesiono, że miejscowa ludność widziała niemieckie ciężarówki pełne polskich jeńców wojennych wjeżdżających do strefy, zdecydowałem, że Niemcy najprawdopodobniej budują tam obóz dla Polaków. Na początku 1943 r. wysłano mnie do pracy w Niemczech, a kiedy usłyszałem, że Niemcy znaleźli groby polskich oficerów w lesie katyńskim i że oskarżenia zostały złożone na Związek Radziecki, zrozumiałem całą głębię nazistowskiej propagandy ”.

Tylko incydent pomógł mi spotkać się z tym majorem ze Smoleńska, a jego oświadczenie przekonało mnie, że tylko Niemcy powinni ponosić odpowiedzialność za śmierć tych polskich oficerów w Katyniu.

W sumie spędziłem dziewięć lat w Związku Radzieckim: dwa lata na wygnaniu i siedem lat w obozach. W tym czasie dużo przeszedłem, widziałem wszystko, spotkałem tysiące interesujących ludzi i wierzę, że jeśli władze radzieckie chciałyby się pozbyć tych polskich oficerów, uciekaliby się do swoich dobrze rozwiniętych metod, wysyłając ich do Nowej Ziemi, Kołymy lub do Norylska, jak to już zrobili z milionami rosyjskich i ukraińskich przeciwników politycznych, gdzie co najmniej połowa umrze w ciągu roku od zimna z głodu i chorób.

Jako były więzień polityczny skazany przez sowiecki trybunał wojskowy we Lwowie na 25 lat więzienia i odbywający karę w obozach, jestem daleki od prób rehabilitacji systemu sowieckiego. Ja sam stałem się niewinną ofiarą i prawie umarłem z rąk tyrana. Zrozumiałem też całą kryminalną historię epoki Stalina i wiem, że zginęło setki tysięcy ludzi, wiele milionów zostało zesłanych do obozów syberyjskich, skąd tylko nieliczni wrócili. A jeśli stanąłem w obronie Rosjan, to tylko w celu skorygowania istniejącej błędnej opinii w sprawie katyńskiej, ponieważ, jak wiem, takie informacje zostały wymyślone przez zdradliwych i nieodpowiedzialnych ludzi.

Muszę powiedzieć, że pomimo całej swojej brzydoty i okrucieństwa system komunistyczny różni się od systemu nazistowskiego tym, że zawsze starał się przestrzegać przyzwoitości w odniesieniu do prawa i porządku. Sądy radzieckie od momentu ich pojawienia się skazywały ludzi na rozstrzelanie. Wyroki te odbywały się jednak w więzieniu i dopiero po potwierdzeniu przez Sąd Najwyższy lub Radę Najwyższą ZSRR.

Chciałbym przez to powiedzieć, że za czasów Stalina system komunistyczny był w skrajnie zdegenerowanej formie, ale jego jurysdykcja nigdy nie pozwalała na masowe zabijanie ludzi bez procesu, jak to miało miejsce w Puszczy Katyńskiej. Zabójstwa takie miały miejsce w Rosji tylko podczas rewolucji. Dlatego śledztwo Międzynarodowej Komisji, składającej się z przedstawicieli krajów pod okupacją niemiecką, nie może być brane pod uwagę, ponieważ pracowali oni pod kontrolą Gestapo. Profesor Buhtz z Uniwersytetu Wrocławskiego, który uczestniczył w ekshumacji, znał prawdę, ale później został zabity przez Niemców. Na podstawie moich materiałów mam wszystkie niezbędne dowody, aby stwierdzić, że oskarżenia polskiego rządu w Londynie opierały się wyłącznie na motywach politycznych. Mogę powiedzieć to samo o generale Andersie, który usłyszawszy wiadomość o zbrodni katyńskiej, zaczął wykazywać niezdrowe objawy psychiczne, nakazując utworzenie serwisu dokumentalnego i grupy poszukiwawczej w sztabie polskiej armii w Rosji w celu ustalenia miejsca pobytu zaginionych polskich oficerów. Nakazał także kapitanowi J. Czapskiemu zebranie oszczerczych materiałów przeciwko Związkowi Radzieckiemu, na podstawie których Czapski napisał i opublikował książkę „Na nieludzkiej ziemi” po opuszczeniu ZSRR, aby zatruć stosunki polsko-rosyjskie. Tutaj muszę dodać, że mianowanie generała Andersa na dowódcę armii polskiej w Rosji było jednym z największych błędów i pokazało niezdolność generała Sikorskiego do znalezienia godnej osoby na to stanowisko. Jakby generał Boruta-Spiechowicz był naczelnym wodzem zamiast Andersa, jestem pewien, że nie bałby się walczyć na froncie wschodnim. Nie denerwowałby go rosyjski chleb żytni i sen na słomianym materacu. Wiedziałby, jak spojrzeć w przyszłość i byłby na czele polskiej armii, wchodzącej do wyzwolonej Warszawy. Wiemy, że generał Anders nie mógł zapomnieć o upokarzającym czasie spędzonym w więzieniu. Tchnął on nienawiścią i pogardą dla Rosji i narodu rosyjskiego. Od samego początku robił wszystko, co mógł, aby stworzyć najgorsze możliwe relacje między dowództwem rosyjskim i polskim. Na każdym kroku wykazywał wielką niechęć, granicząca ze strachem, gdy tylko pojawiło się pytanie o udział polskiej armii w działaniach wojennych na froncie wschodnim.

Od samego początku manewrował w celu wycofania polskiej armii z Rosji na Bliski Wschód. Razem z polskim ambasadorem Kotem nie zdawali sobie sprawy z tego, że spełniali niezwykle ważne funkcje w jedynym w swoim rodzaju systemie i działali tak samolubnie, jakby byli we własnym domu, wyrządzając krzywdę Polakom i Polsce.

Analizując dokumenty korespondencji dyplomatycznej przechowywane w archiwach Instytutu Polskiego w Londynie i Archiwum Brytyjskim, dowiedziałem się, że niektóre odpowiedzi udzielone przez władze radzieckie na pytania dotyczące zaginionych polskich oficerów były ukryte przed opinią publiczną.

Oto odpowiedzi:

– 8 września 1941 r., Zgodnie z ogłoszoną amnestią 12 sierpnia tego samego roku, Mołotow oświadczył, że na podstawie instrukcji Przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych ZSRR wszyscy obywatele polscy pozbawieni wolności, tacy jak jeńcy wojenni i inne osoby, zostali zwolnieni, a ponadto Rząd radziecki udzielił pomocy finansowej tym ludziom.

—Stalin, w rozmowie z polskim ambasadorem Kotem, 18 marca 1942 r., Powiedział, że zarządził zwolnienie wszystkich Polaków. Po co ich trzymać? Być może trafili na terytorium Niemiec, rozproszyli, uciekli.

– Minister bezpieczeństwa (Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych) Beria odpowiedział: „Popełniliśmy ogromny błąd, przez przekazanie większości Niemcom”.

– Komisarz (zastępca komisarza ludowego do spraw zagranicznych) Wyszyński powiedział: „Zwróciliśmy wszystkich ludzi, których mieliśmy, nie możemy zwrócić tych, których nie mamy”.

Z powyższych oświadczeń jasno wynika, że zarówno ambasador Kot, jak i generał Anders otrzymali wystarczające informacje o losach zaginionych polskich oficerów, i można się dziwić, że wprowadzili w błąd polski rząd w Londynie i pomogli Niemcom w sprawie katyńskiej.

Podstawa tłumaczenia:

http://www.katyn-books.ru/archive/vizh/1991-07.html#11r

http://www.katyn-books.ru/archive/vizh/1991-09.html#11r

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Kazjasiukowy Recent comment authors

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
jasiukowy
Gość
jasiukowy

Przyznam, że z trudem przeczytałem te wypociny. Inaczej nie da się tego nazwać. Nie mam siły merytorycznie odnieść się do treści – każdy, kto choć trochę interesuje się historią i przeczytał parę książek, dojrzy nieudolną próbę rehabilitacji zbrodniarzy sowieckich. Co tam dokumenty, co tam ekshumacje, co tam relacje świadków czy sprawcy (bo jest i taka, nawet sfilmowana), co tam logika! Musicie się, panowie z Marsa, postarać bardziej i oby wam żyłka pękła z niemocy.

Kaz
Gość
Kaz

Nie byłem, nie widziałem. Ale nigdy nie mogłem się jakoś pogodzić z oficjalną wersją w sprawie masowej zbrodni w Katyniu. Od dziecka słyszałem o absolutnym horrorze, jakim była okupacja Polski przez zbrodniarzy nazistowskich z Niemiec, opowieści te były na porządku dziennym w mojej rodzinie. Dlaczego więc nagle ja i wszyscy inni mamy wierzyć w wersję przedstawioną przez znienawidzonego przez Polaków szefa nazistowskiej, niemieckiej, anty-słowiańskiej, anty-radzieckiej i anty-rosyjskiej propagandy?! Kiedy zacząłem czytać w oryginale książki i artykuły Prof. Grovera Furr’a moje wątpliwości tylko wzrosły, mimo że wielu moich najbardziej „otwartych na prawdę” polskich znajomych robiło wszystko, żeby mnie zniechęcić. Sprawa jest… Czytaj więcej »