Artykuł

Między polityką a spektaklem – proces o ekstradycję Juliana Assange’a

            Mający od 7.09.2020 w Londyńskim sądzie Old Bailey miejsce proces Juliana Assange’a to jedna z najgłośniejszych rozpraw sądowych ostatnich lat. Czyżby to właśnie z tego powodu Wielka Brytania pod pretekstem pandemii koronawirusa wprowadziła kwarantannę dla przyjeżdżających z Francji? Tak jakby obawiała się inwazji broniących Juliana Assange’a Żółtych Kamizelek. Niemniej z tego powodu wybierająca się tam Monika Karbowska musiała przyjechać do mnie do Szczecina, by stąd wyruszyć przez Holandię jako osoba przybywająca z Polski. W Szczecinie Monika opowiadała mi o swoich przygodach z podróży, w tym o obowiązkowych testach dla wracających z Paryża na w Niemczech na dworcu autobusowym Berlin ZOB. Testach, które w drodze powrotnej czekać miały również mnie, choć w moim przypadku sytuacja nie była aż tak dramatyczna, bo do autobusu mnie wpuszczono, nie grożono mi grzywną, na miejscu bez kłopotu wydano mi również bagaże. Mogłam więc bez większych konsekwencji nie wypełniać podetkniętego mi kwestionariusza, który nonszalancko pusty oddałam kierowcy. Widocznie przede mną już paru niepokornych pasażerów utarło nos wykonującym testy służbom. Tak  więc sankcje i obostrzenia wobec Francji wprowadziła nie tylko Anglia. Wygląda mi to na typową dla granicznych faz kapitalizmu walkę mocarstw imperialistycznych o dominację w Europie podobną do tej z okresu I wojny światowej. Monika dokonuje tu również porównania do izolacji Francji po Rewolucji Francuskiej, nawiązując najprawdopodobniej do obawy Europy przed zalewem Żółtych Kamizelek.

            Przed wyjazdem do Wielkiej Brytanii, bez względu na to, skąd jedziemy, wypełnić musimy  następujący formularz https://visas-immigration.service.gov.uk/applicationInProgressWarning/pre-travel-health-declaration. Podróż przez Europę po pandemii koronawirusa nie jest sielanką. Ale jeśli ktoś jest żądny mocnych wrażeń, pragnie poczuć się jak prawdziwy kowboj rodem z powieści awanturniczej, to w drogę! Pierwsza taka przygoda spotkała nas nad ranem gdzieś prawdopodobnie na obrzeżach Holandii, w postaci kontroli paszportów przez wynajętą prywatną firmę. Przeprowadzający kontrolę to modelowy wysoki blondyn o błękitnych oczach (i zapewne takiej samej krwi), przystojny niczym gestapowiec z tużpowojennych czarno-białych filmów.

            Ale decydujące wydarzyć się miało na granicy angielsko-francuskiej. Monika obawiała się, że nie przepuszczą jej przez granicę, bo miała nieważny dowód osobisty lub że w jakiś sposób wykryte zostaną jej powiązania z Francją. Nic takiego nie miało miejsca, natomiast dwutygodniową kwarantannę wręczono mnie. Właściwie nie była to kwarantanna, bo gdy obejrzałyśmy później dokładnie  dokument, na którym oprócz adresu internetowego oraz kodu do zeskanowania, nie było nic innego i, jak się okazało, zawierał jedynie wypełniany przez nas przed wyjazdem formularz  – pusty, bez wprowadzonych danych. Dokument pełnił więc prawdopodobnie funkcję ankiety wydawanej pasażerom losowo. Nie miało to już jednak znaczenia. Gdy brytyjski celnik wręcza tajemniczy świstek z kodem, oznajmiając: “two weeks of quarantine”. Prawdziwy dokument? Fejk? A może ankieta wręczana podróżnym wyrywkowo? Że dokument pusty? Że bezzasadne? Nic to. To niezmywalne piętno. Stygmat. Od tej pory jesteś już naznaczona. Nie dla brytyjskiej administracji, nie z punktu widzenia sanitarnego reżimu, ani nawet nawiedzonych covidowców. Ale przede wszystkim współuczestników podróży. Zasięg pandemicznego ostracyzmu rozlewa się na niespodziewane dotąd obszary. Jesteś zarazkiem. Nie osobą sprawiającą kłopoty. To Ty jesteś kłopotem. Niezręcznym, który należy wyeliminować. Nie potrzebna mi już maska. I tak nie mam  swojej twarzy. Moja tożsamość to Cudzoziemka, Obca. Słowiańska brudaska. Na imię mi Kwarantanna.

            Wtedy to po raz pierwszy Monika zaproponowała mi wcześniejszy powrót do domu, zakładając, że „ze mną mogą być kłopoty”, by czwartego dnia procesu uciec przede mną do Francji w obawie przed „ubrudzeniem się przez sąsiedztwo”. Kwarantanna to piętno, którego w żaden sposób już się wymaże, nie odkupi. To jak noszona na ramieniu w Generalnej Guberni Gwiazda Dawida. Skazana zostałam na dobę samotnego tułania się na na ulicy Brought Street w obskurnym, sprawiającym wrażenie celi więziennej hostelu z widokiem rozpościerającym się na śpiących w śpiworach bezdomnych. Tak właśnie wygląda brytyjski socjal. I ta dojmująca myśl, że w każdej chwili ja również mogę stać się jedną z nich.

            Gdy po pełnej wrażeń przygodzie dotarłyśmy w końcu do Londynu, okazało się, że to jeszcze nie koniec. Późnym wieczorem poszłyśmy przejść się po Old Bailey, miejscu, gdzie następnego dnia odbyć miał się proces. Monika pokazała mi architekturę tego miejsca, sfotografowałam strategiczne obiekty jak główne wejście do sądu oraz elewację przylegającego do sądu więzienia, pochodzące z XVI wieku budynki dworskie. Wszędzie tam były kamery i nasza obecność została rzecz jasna zarejestrowana. Gdy w drodze powrotnej zaszłyśmy do sklepu zatrzymała nas grupa policjantów. Wyglądali jak aktorzy filmowi – wystylizowani, potężni, z kamerą na mundurze. Oznajmili, że z racji tego, iż fotografowałam „chronione” obiekty, zmuszeni są przeszukać nas w celu wykluczenia ataku terrorystycznego. Nie kryli też, że zatrzymanie miało związek z mającym odbyć się następnego dnia procesem Assange’a. Sprawdzili aparaty fotograficzne mój oraz Moniki. Pytali po co robimy zdjęcia. Utrzymywałyśmy jednomyślnie, że w celach turystycznych i edukacyjnych. Zostałyśmy przeszukane oraz spisane. Zajmująca się mną policjantka miała kłopot z napisaniem mojego nazwiska. Litera „ę” w  moim nazwisku, samogłoska nosowa, spadek, który polszczyzna zawdzięcza językowi starocerkiewnosłowiańskiemu to dla obcokrajowców prawdziwa udręka. Na wysłanym mi później drogą elektroniczną dokumencie widnieje adres, którego nie ma. Spisywanie mnie przypominało trochę scenę z filmu Tadeusza Chmielowskiego Jak rozpętałem II wojnę światową. Jakoś tak jest, że chwile grozy w naszym życiu zawierają w sobie aspekty komiczne. Być może to jest właśnie to słynne marksowskie przechodzenie tragedii w komedie? Na końcu wspaniałomyślna policjantka oznajmiła, że „jeśli nasza obecność na Old Bailey ma związek z jutrzejszym procesem i jesteśmy obrońcami Assange’a to nie będą nas aresztować, bo Wielka Brytania to dobroduszny, demokratyczny kraj”. Czy jednak policja ma prawo zatrzymywać, przeszukiwać i spisywać na ulicy osoby, które żadnego czynu zakazanego się nie dopuściły? Biorąc pod uwagę brak jakichkolwiek podstaw prawnych do zatrzymania, miało ono charakter represji politycznej. Do zdarzenia doszło jednak w miejscu wyjętym spod jurysdykcji korony, na terenie prywatnych przedsiębiorstw, a i policja wynajęta była przez prywatną firmę, podejrzewać więc można, że tu żadne prawa nie obowiązują oprócz bezprawia i twardych reguł rynku, rzecz jasna. Ponadto przyzwolenie ze strony policji na udział obywateli w obronie Assange’a oznacza zapewne, że tutejsze władze doskonale zdają sobie sprawę z daremności tego typu inicjatyw. Gdyby miały być one skuteczne, prawdopodobnie zostałyby zakazane.

            Proces dnia 8.09.2020 planowo rozpocząć miał się o 10:00. Planowo, bo realnie zaczął się o wpół do jedenastej. Sala sądowa podzielona została na dwie części. Tu też pandemia odcisnęła swe piętno. Selekcja zgromadzonych osób. Zgromadzonych, to może raczej złe słowo, biorąc pod uwagę, że obie sale prawie puste. W pomieszczeniu było w zależności od dnia, od 40 do około 65 wolnych miejsc. Z dużym prawdopodobieństwem przypuścić można, że z każdym kolejnym dniem znajdowało się ich na sali coraz coraz więcej. Pytanie, w której sali, albowiem jak zostało to już zasygnalizowane, była ona podzielona na dwie części – salę nr 9 i salę nr 10. Rozprawa właściwa odbywała się w sali nr 10. Wpuszczano tam jedynie osoby z tzw. „najbliższego” otoczenia Juliana Assange’a, a więc rzekomych członków rodziny, domniemaną partnerkę Stellę Moris, adwokatów i oskarżycieli, tuż przed Assange’em siedzi Garet Pierce – była adwokatka oskarżonego, na drugim końcu auli sędzina Vanessa Baraitzer. Ponadto osoby z rzekomo najbliższego otoczenia Assange’a, współpracownicy, czyli tzw. VIP-owie, to członkowie powiązanej z amerykańskimi służbami wywiadowczymi mafii, pracownicy Sorosa oraz przedstawiciele City of London Corporation. Dość zastanawiająca jest w tym kontekście obecność występującej w podwójnej roli Stelli Morris. Domniemanej żony Juliana Assange’a i matki jego dzieci z jednej strony oraz obrończyni i adwokatki z drugiej. Przecięcie wspólnych spraw na gruncie prywatnym i służbowym prowadzi bowiem do tzw. konfliktu interesów, co oznacza, że bronienie pozwanego w sprawie sądowej przez osobę, z którą łączy go pokrewieństwo lub jak w tym przypadku, powinowactwo trąci nepotyzmem. Ponadto poddaje w wątpliwość osobiste powiązania Assange’a ze Stellą Morris przed aresztowaniem. Być może jest to wynajęta aktorka mająca odgrywać rolę ofiary w celu manifestacji potęgi reżimu imperialistycznych mocarstw.

            Mnie i Monice Karbowskiej do sali nr 10 udało się wejść dopiero trzeciego dnia. Na chwilę, bo zaraz przyszła po nas ochrona, odprowadzając z powrotem do pomieszczenia nr 9. Wtedy też widziałyśmy Juliana Assange’a przez kilka minut. Najpierw w masce, którą później zdjął, wystylizowany, przygotowany do spektaklu zajął miejsce na centralnym miejscu ławy oskarżonych za grubą, pilnie strzeżoną szklaną szybą. Tego samego dnia Assange’a udało mi się zobaczyć dosłownie przez ułamek sekundy kątem oka, gdy ochroniarz wchodził do sali nr 10 zapytać o godzinę. Jego twarz tuż przy szybie, rozmawiał o czymś z żywo gestykulującą Jennifer Robinson, lekko uśmiechając się, kiwając głową. Atmosfera między nimi zdawała się przyjazna. O czym dyskutowali? Trudno powiedzieć, nie zostałam dopuszczona do nawet pobieżnego przysłuchania się konwersacji.

            Sala nr 9, do której wpuszczano takich jak ja, a więc pospólstwo różniła się od dziesiątki tym, że rozprawa nie odbywała się tam bezpośrednio, proces obserwować można było za pośrednictwem umieszczonych na końcu auli ekranów. Znajdowali się tam pracownicy Old Bailey, dziennikarze, a także m. in. uśmiechający się nieustannie John Hamilton oraz przeglądająca na telefonie Facebooka deputowana Die Linke Heike Hänsel. Z usytuowanych na skraju obszernego pomieszczenia niewielkich monitorów niewiele widać. Juliana Assange’a pokazano drugiego dnia rozprawy tylko przez chwilę. Siedział na środku ławy oskarżonych w godnej, wyprostowanej pozie. Później, przez pozostałą część procesu widać było jedynie sędzinę, adwokatów i prokuratorów oraz świadków. Cenzura procesu to kolejne, do czego wykorzystany został COVID. Warto dodać jeszcze, że w odróżnieniu od ciepłej, przytulnej sali 10, w pomieszczeniu z ekranami dało się odczuć potwornie zimno, puszczony został nawiew, być może letnia jeszcze klimatyzacja. 

            Jako pierwszy wystąpił świadek obrony Smith, przysięgający prawdomówność. Z zeznań Smitha wynikało, że był on obrońcą ofiar porwanych przez Amerykanów do rozsianych po całym świecie tajnych amerykańskich więzień (ang. extraordinary rendition). Głównie w sprawach dotyczących obywateli Afganistanu oraz Pakistanu. Praca świadka dotyczyła śledztwa odnośnie popełnionych tam amerykańskich przestępstw, m.in. przeciwko konwencji ONZ zabraniającej tortur, wg. której wszystkie państwa członkowskie winny współpracować w śledztwach przeciwko torturom. Z tego punktu widzenia publikacje WikiLeaks, które się do tego śledztwa przyczyniły, w żaden sposób nie mogą stanowić podstawy oskarżenia. WikiLeaks odegrać miało w pracy świadka dużą rolę, pomagając mu odnaleźć nazwiska amerykańskich więźniów, którymi się zajmował, i udzielić im pomocy. Na rozprawie mowa też była o dokumentach ofiar Guantanamo. WikiLeaks ujawnić miało dowody alokacji więźniów z innych krajów. Odbywało się czytanie fragmentów dokumentów WikiLeaks oraz pytanie co zaskoczyło świadka w ich lekturze. Wtedy sędzina zapytała bodaj Juliana Assange’a, czy ma coś do dodania, lub czy chciałby coś sprostować. Rozległ się głos, prawdopodobnie jego, nie zdążył wyartykułować słów. W tym momencie sędzina przerwała mu, ogłaszając przerwę w rozprawie, co również uznać można za formę cenzurowania procesu oraz niedopuszczenie do głosu oskarżonego poprzez uciszanie go.

            Taką postawię sędziny Monika Karbowska porównała do toksycznej rodziny, w której to rodzice usiłują zakrzyczeć, zdominować dążące do podjęcia próby dokonania konfrontacji dziecko. Niewątpliwie postępowania sędziny Vanessy Baraitzer wykazywało jej protekcjonalny stosunek do aresztowanego oraz pokazywało niezupełnie bezstronny charakter procesu. Z całą pewnością mamy tu do czynienia ze swoistą infantylizacją osoby oskarżonego. Niestety wyraźnie wykazywała również na pogwałcenie jego podstawowych praw jak prawo do obrony, pomijając już zupełnie fakt osadzenia i przetrzymywania w niewoli Assange’a bez procesu sądowego. 

            W kolejnej części rozprawy pojawił się powracający co rusz w dalszych częściach procesu problem publikacji tajnych, chronionych przez państwo danych oraz dokumentów. Mowa była też o tym, że do tej pory w WikiLeaks nikt nie był karany za publikację tego typu materiałów. W trzeciej, ostatniej tego dnia części rozprawy na pewien czas wyłączono ekrany, więc o tym kto mówi, wnioskować można było jedynie na podstawie dźwięków, głosów. Trudno więc powiedzieć, kto w danym momencie akurat przemawiał. Niemniej jednak mowa była o podobieństwach i różnicach między portalem WikiLeaks, a pismami „New York Times” oraz „Washington Post”. I tu pojawia się kwestia oskarżenia Juliana Assange’a o crackerstwo. Albowiem pierwsza i najbardziej zauważalna różnica między tymi magazynami dotyczyła medium i sposobu przekazu, a więc w odróżnieniu od „New York Timesa” i „Washington Post” WikiLeaks to witryna internetowa. Wobec WikiLeaks padły zarzuty, że publikacje na portalu mogą stanowić rzekome zagrożenie dla rodziny Juliana Assange’a.

            W tym momencie włączono z powrotem ekrany. Na ekranie pojawił się niejaki profesor Rogers, tzw. świadek ekspercki. Jako że profesor zeznawał ze swojego domu, trudno powiedzieć, czy z powodu strachu przed pandemią czy z innych przyczyn, monitor podzielony został na dwie części. Na jednej było widać salę rozpraw, a na drugiej dom profesora. Nie ma chyba potrzeby nadmieniać, że to, co ma miejsce w sali obok stało się jeszcze mniej widoczne. Pytania zadawał prokurator, który sprawiał wrażenie mocno napastliwego i agresywnego, w odróżnieniu od opanowanych, niedających się sprowokować świadków.  Podczas rozmowy wypłynął temat roli WikiLeaks w kampanii wyborczej Donalda Trumpa z 2016 roku. Dotyczył oczywiście wypowiedzi Trumpa brzmiącej „I love WikiLeaks”. Wypowiedź zogniskowana oczywiście wokół głośnej swego czasu afery pedofilskiej „pizzagate”, w której to WikiLeaks upublicznił maile szefa kampanii wyborczej Johna Podesty. Wiadomości te ujawniać miały powiązania jego, Hilary Clinton oraz osób skupionych wokół jej osoby z przemytem nieletnich do celów konsumpcji seksualnej. Ciekawe, że sformułowanie „pizzagate” ani razu nie padło jednak podczas rozprawy.

            Dochodzi w tym miejscu do głosu również również ambiwalentny stosunek Trumpa do WikiLeaks, który raz wypowiada się o portalu z aprobatą, innym razem mówi, że WikiLeaks „zabija go” i że publikacje witryny szkodzą jego kampanii, a także całej polityce Stanów Zjednoczonych. Z tego punktu widzenia Assange ma siać dezinformacje dotyczące kryminalnych aktów amerykańskich żołnierzy. Mowa jest również o kryminalizowaniu publikacji zamieszczanych publicznie w internecie, pojawia się tu poruszony już wątek crackerstwa. Profesor zwraca w tym miejscu uwagę, że portal ma jednak prawo upubliczniać nawet chronione akta państwowe, gdyż były one publikowane w Europie. Prawo Europejskie dopuszcza publikację tego typu dokumentów, zabrania również aresztowania z powodów politycznych. Jeśli więc Julian Assange aresztowany został z powodu ujawniania tajnych akt państwowych, znaczy jest on więźniem politycznym, a więc jest przetrzymywany nielegalnie (oficjalną właścicielką WikiLeaks jest niemiecka fundacja Wau Hollanda, dokumenty publikowane były więc na terenie Europy).

            Kłopot jednak w tym, że  proces odbywa się na obszarze City of London Corporation rządzonym przez kupieckie gildie i międzynarodowe koncerny, w tym Old Bailey, ani administracyjnie, ani politycznie nie będącym częścią Wielkiej Brytanii, ani Londynu, autonomicznym w stosunku do Korony, a w związku z tym trudno określić, czy w ogóle należącym do Europy i to niezależnie od fazy zaawansowania brexitu. Można więc powiedzieć, że City of London stanowi swoistą strefę eksterytorialną, a więc istnieje hipotetyczna dopuszczalność sądzenia na tym terenie zgodnie z systemami prawnymi innymi niż brytyjskie czy europejskie, np. amerykańskimi. Można z punktu widzenia sprawy Juliana Assange’a  wysnuć na tej podstawie dwa wnioski. Po pierwsze, jeśli założyć, że Assange sądzony jest wg prawa amerykańskiego, należy uznać go za uprowadzonego przez amerykańskie służby do tajnego więzienia, na tej samej zasadzie, co opisywane przez WikiLeaks przypadki uprowadzonych osób z Pakistanu, Iraku i Afganistanu, albowiem jego działalność prowadzona była w Europie.

            Zdaniem Moniki Karbowskiej[1] ewentualną ekstradycję Assange’a porwaniem należy nazwać także dlatego że City of London, jako że nie podlega koronie brytyjskiej, nie jest objęte również podpisaną między USA a Wielką Brytanią umową ekstradycyjną z 2003 roku, a więc idąc tym tokiem rozumowania nielegalne jest wydanie Amerykanom więźnia sądzonego na terenie gildii, albowiem wniosek z USA o ekstradycję więźnia nie dotyczy terytorium Old Bailey. Z drugiej jednak strony wybór przez Amerykanów tego eksterytorialnego, prywatnego obszaru z którym łączą ich nie tylko powiązania wspólnych interesów czy handel, ale również związki mafijne nie jest przypadkowy. City of London nie dotyczy bowiem nie tylko prawo brytyjskie, ale również europejskie, nie obowiązuje tu również Deklaracja Praw Człowieka ani prawa międzynarodowe, łatwo więc ominąć je prowadząc rozprawę właśnie w tym miejscu, co daje Amerykanom większe pole manewru. Biorąc pod uwagę, że Amerykanie mają z Old Bailey wspólne interesy biznesowe, liczą oni w związku z tym na rozpatrzenie sprawy Assange’a po ich myśli. Virginia Company of London należąca do City of London założyła w amerykańskich koloniach pierwsze stany. Warto wspomnieć tu o powołanym przez City of London prawie morskim, na mocy którego przetrzymujący Assange’a mogą wysłać go do dowolnej ze swych kolonii – m.in. Australii, Kanady lub Pentagonu. Julian Assange jest więc zakładnikiem[2] w rękach prywatnych przedsiębiorców.

            Ponadto jeśli Julian Assange faktycznie oskarżony został o ujawnianie państwowych dokumentów, ma de facto proces charakter polityczny. Julian Assange to więzień polityczny. Politycznego podtekstu nadaje dodatkowo fakt, że cała sprawa uwikłana jest w zbliżające się amerykańskie wybory prezydenckie i kampanię wyborczą tracącego popularność Donalda Trumpa. Trump z całą pewnością zechce posłużyć się sprawą Assange’a, na korzyść Assange’a, lub nie, w zależności od bieżących partykularnych interesów.

***

            Kolejnego dnia, 9. 09. 2020 jako ekspercki świadek obrony wystąpił Paul Rogers. Podobnie jak poprzedni zeznający, również przemawia ze swojego domu, ekran podzielony jest na połowy. Podczas przesłuchania padły pytania fundamentalne dotyczące związków działalności publicystycznej z poglądami politycznymi oraz czym w ogóle są poglądy polityczne? Pierwsze pytanie brzmiało Czy Julian Assange ma opinie polityczne, a jeśli tak to jakie są to poglądy, a także czy publikację WikiLeaks motywowane są przekonaniami politycznymi? Odpowiedź profesora sprowadzała się do tego, że definicja poglądów politycznych zależna jest w dużej mierze od kontekstu społeczno-kulturowego, a także że opinie polityczne są zmienne historycznie. Profesor zaznaczył również, iż poglądy polityczne w dużej mierze kształtowane są przez korporacje. Na pytanie o prezentację i kształtowanie opinii przez media odpowiedział profesor zdawkowo, że zazwyczaj tak jest, ale niekoniecznie i że może tak być, ale nie musi.

            Podobnie jak w przypadku poprzednich świadków, tak i tym razem prokurator zachowywał się agresywnie i napastliwie, przerywając świadkowi w wypowiedziach, uciekając się do nieuczciwych chwytów retorycznych jak erystyka, a więc argumenty pozamerytoryczne, w tym wypadku argumentum ad personam, gdy odwoływał się do kompetencji profesora. Tak również w przypadku pytań o polityczność publicystyki wymuszał na odpowiadającym lakoniczne, zdawkowe odpowiedzi „tak” lub „nie”. Gdy tymczasem pytanie o polityczny charakter publikacji oraz o polityczne motywacje działalności tak WikiLeaks, jak każdej innej ma wymiar doniosły i elementarny. Można oczywiście potraktować to pytanie jako banalne, a nawet nie na miejscu bo oczywiste jest, że wszyscy jakieś poglądy mamy i czy chcemy czy nie, wpływają one na nasze motywacje i decyzje, często w sposób nieuświadomiony. Wiara w istnienie zagadnień wolnych od politycznej otoczki to przecież dziecięca naiwność. A jednak pytanie o granice politycznego uwikłania jest pytaniem uniwersalnym. Rozgraniczenie i podział na sferę prywatną i publiczną podważyły dawno ruchy feministyczne, dowodząc politycznego uwikłania nawet uważanych za najbardziej intymne sfer naszego życia. Zadać należy sobie w tym miejscu pytanie, czy w ogóle istnieje jakikolwiek apolityczny aspekt rzeczywistości, albowiem jak wiemy, parafrazując Arystotelesa jest wszak człowiek nie tylko zwierzęciem społecznym, ale również zwierzęciem politycznym. Wystarczy spojrzeć na świat nauki. Nie jest tajemnicą, że badania naukowe podlegają finansowaniu i zależne są od partykularnych interesów tego, kto finansuje. Tym bardziej uświadomimy to sobie, gdy znajdziemy się na obszarze rządzonym przez gildie kupieckie. Politycznie uwarunkowane są więc nie tylko wyniki badań, ale też ich przedmiot, nie tylko jak badamy, ale również co badamy – co obieramy jako obiekt zainteresowania Tak więc, również na gruncie nauki kształtowanie pojęć zależy od sposobu stawiania problemów. Zagadnieniem tym zajmuje się socjologia poznania mówiąca o społeczno-politycznym uwarunkowaniu podmiotu poznającego. Albowiem świadomość człowieka nieodłącznie określona jest przez jego byt społeczny. Na stanowisku politycznego uwarunkowania podmiotu poznającego stał m. in. Karl Mannheim. Swą teorię poznania przeciwstawiał Mannheim kantowskiej koncepcji poznania a’priorycznego. Mamy tu do czynienia z ukonstytuowaniem przedmiotu badań naukowych przez badacza, a więc politycznie umotywowanym podmiotem poznającym. Można tu za György’em Lukácsem powiedzieć o procesie „produkcji producenta poznania”. Niem ma bowiem innej rzeczywistości niż rzeczywistość historyczna. Jak by to ujął Antonio Gramsci, „obiektywny oznacza zawsze historycznie subiektywny” tzn. „powszechnie subiektywny”. Człowiek poznaje w tej mierze, w jakiej poznanie realne jest dla danego systemu kulturalnego. Nie ma niezmiennej „istoty” zjawisk, istnieje jedynie uchwytna w procesach politycznego stawania się dynamiczna struktura. Nie ma sztywnego przeciwstawienia myśli i bytu. Każda nasza myśl, słowo, wypowiedź to momenty dialektycznego procesu historycznego i politycznego co za tym idzie. Według tak historycznie ujętej socjologii poznania nie istnieją stałe przedmioty czy rzeczy, a jedynie procesy. Materia nie istnieje sama w sobie, lecz jako społecznie i historycznie ukształtowana do celów produkcji, a zatem i nauki przyrodnicze ujmować należy jako kategorie historyczne. Natura jest kulturą {por. M. Janion, Socjologia poznania [ w : ] tejże: Romantyzm, rewolucja, marksizm. Coloquia gdańskie, Gdańska 1972, s. 100 i 171–174.}. Jeśli więc o politycznym charakterze możemy mówić odnośnie nauk ścisłych, to tym bardziej w przypadku artykułów publicystycznych wydaje się to oczywiste. 

            Również w kontekście rozpraw sądowych. Jakichkolwiek. W takim ujęciu polityczny charakter mieć będzie nie tylko proces Assange’a, ale mające w tym samym miejscu i czasie równolegle inne procesy sądowe. Można więc uznać polityczny wydźwięk rozprawy Assange’a za niewątpliwy i definitywny. Oczywiście zadane przez prokuratora pytanie o polityczność publicystyki było tendencyjne, oparte na zakorzenionej w kulturze anglosaskiej pozytywistycznej wierze w obiektywizm absolutny. Ponadto zaprezentował oskarżyciel typową anglosaską nieznajomość oraz ignorancję dla tradycji filozoficznej Europy kontynentalnej i jej dylematów.

            Prokurator zaczepił profesora, że również jego odpowiedzi są nacechowane politycznie. Zarzucił mu również powoływanie się w publikacjach na takich autorów jak m. in. Noam Chomsky, co nie miało związku z tematem rozprawy, stanowiło więc jawną wycieczkę osobistą. Dalej wyszła po wielekroć eksploatowana już na rozprawie kwestia wolności słowa, tym razem w kontekście zacytowanych przez prokuratora słów, jakie miały paść z ust Assange’a, że „inwazja Niemiec na Polskę, to konstrukt katolickich kłamstw”. Wypowiedź australijskiego publicysty miała wpisywać się w ton licznych i promowanych w Stanach Zjednoczonych ruchów negacjonistycznych, które zaprzeczały istnieniu nie tylko Holokaustu, ale również II Wojny Światowej. Tzw. „kłamstwo oświęcimskie” popularne ma być w zwalczanym przez Amerykanów świecie arabskim skonfliktowanym ze społecznością żydowską, głównie za sprawą przemocy Izraela wobec Palestyny. W istocie jednak nie ma dowodów jakoby Julian Assange powiedział coś takiego publicznie.

            Podczas procesu pojawiło się też pytanie o przejrzystość publikacji WikiLeaks, na które profesor odpowiedział twierdząco. W czasie przesłuchania mowa była również o zbrodniach żołnierzy amerykańskich, którzy prosili rząd o uniewinnienie. Jak zaznaczył profesor, sytuacja żołnierzy jest specyficzna i zawsze uzależniona od zmiennych warunków i okoliczności. Wrócił także wątek crackerstwa Assange’a. Profesor stwierdził, że publikacje WikiLeaks są na profesjonalnym poziomie. Pojawiła się też kwestia roli, jaką odegrało WikiLeaks w oszacowaniu liczby ofiar najazdów na Irak. Jak się okazało według obliczeń WikiLeaks było ich 15 tysięcy więcej w porównaniu do obliczeń organizacji „Iraq Body Count”.

            Ogłoszono 10 minutową przerwę. Na czas przerwy tzw. „publiczność”, czyli dziennikarze i przedstawiciele organizacji broniących praw człowieka musieli opuścić salę rozpraw i poczekać na zewnątrz w holu. Siedziałam na krzesłach obok Rebeki Vincent, której towarzyszyli jacyś niemieccy mężczyźni. Po przerwie przemawiał świadek obrony niejaki Harris. Znów pojawiła się kwestia Trumpa i mejli Podesty oraz roli publikacji WikiLeaks w kampanii prezydenckiej Trumpa. Zdaniem świadka przedłużający się proces Assange’a to sprawka Trumpa. To Trump  przyczynić się miał do osadzenia go w celu jego uciszenia. Ponownie pojawia się profesor Rogers, temat administracji Trumpa jest kontynuowany. Pada tu dość tendencyjne porównanie administracji Trumpa do czasów prezydentury Obamy. Według zeznania, Obama chciał zatrzymać wojny w USA, a przez Trumpa USA na nowo uwikłane są w przedłużające się, wyniszczające wojny. Podczas rozprawy przewijała się również kwestia politycznego uwikłania ekstradycji Juliana Assange’a, a więc znowu powrót zagadnienia czy Assange jest więźniem politycznym, czy nie.

            Tematyka rozpraw krążyła za każdym razem wokół kilku zasadniczych tematów jak crackerstwo Assange’a, terroryzm, wiarygodność i rola WikiLeaks w wykrywaniu sprawców amerykańskich zbrodni, ujawnianiu tajnych danych państwowych, a także kwestia odmienianej przez wszystkie przypadki wolności słowa. Cała rozprawa rozgrywa się w kontekście i cieniu prezydenckich wyborów w USA i kampanii wyborczej Donalda Trumpa. Często pojawiały się też tendencyjne zestawienia rządów Trumpa, że „złotym” okresem administracji niosącego pokój Baracka Obamy. Ani słowa o tym, że to właśnie w czasach prezydentury Obamy postawione zostały Assange’owi zarzuty. Przez całą rozprawę między wierszami przewijał się także wątek nieobecnej oficjalnie w rozmowach afery pizzagate.

***

            Do sądu dostać udało mi się dopiero drugiego dnia procesu 8. 09. 2020. Pierwszego dnia, 7.09.2020, wejść udało się jedynie Monice Karbowskiej i to też nie od razu. Docierając na miejsce rozprawy o godzinie szóstej, pojawiłyśmy się za późno. Przed salą już stali kloszardzi wynajęci do grzania miejsca dla tzw. VIPów, a więc związanych z Old Bailey przedstawicieli mafii, podających się za osoby z bliskiego otoczenia Assange’a, lub pracujących dla CIA reporterów. Gdy tylko ktoś usiłował zająć ich miejsce w kolejce rozpychali się niczym sumo, odpychali się łokciami, apelując o „dystans społeczny”. Cały czas zwracali uwagę osobom nienoszącym masek. Oczywiście apele o maseczki i dystans społeczny to czysta zagrywka, gdyż obostrzeń sanitarnych takich jak dystans społeczny, maseczki, ani nawet kwarantanny nikt w Anglii specjalnie nie przestrzega. Najżyczliwsze co tego pierwszego dnia usłyszałam to: „Jesteś Francuzką! My wiemy o tym! Powinnaś być na kwarantannie!” Słowa te, które później usłyszałam jeszcze kilkakrotnie, jako pierwsza wypowiedziała niejaka Georgia, znajoma Moniki pracująca dla rządu brytyjskiego. Spośród stojących tam osób, to ona była najbardziej agresywna. Słyszałam jak rozmawiając z Moniką, mówiła jej, że „to ona powinna wejść na salę rozpraw, bo to ona jako jedyna tutaj jest czystą, rodowitą i prawdziwą Angielką”. Jak widać, odwołująca się do nacjonalistycznego systemu wartości argumentacja, nie uchodzi bynajmniej w Wielkiej Brytanii za coś niestosownego.

            Kilkukrotnie usiłowałam dostać się do sądu, zaklepując sobie nawet u ochroniarza pierwszeństwo, w razie gdyby któryś z kochających członków członków rodziny Assange’a nagle zrezygnował z obecności na rozprawie i poszedł robić coś ciekawszego, np. udzielać wywiadów zebranym wokół licznym dziennikarzom. Niestety bez skutku. W tym dniu do końca sala sądowa była już „pełna”, co oznacza, że w każdym z pomieszczeń wolnych było minimum 50 miejsc. No, ale cóż, takie prawa pandemii, dystans społeczny, nic nie zrobisz. Resztę dnia spędziłam pod salą sądową, gdzie tradycyjnie przy procesach Juliana Assange’a odbywała się demonstracja. Miałam okazję przyjrzeć się niecodziennemu spektaklowi, obserwować wielką mistyfikację. Jakoś tak czasem jest, że spoza centrum wydarzeń widać więcej. Manifestacja wyglądała jak jedno wielkie przedstawienie. Ludzie poprzebierani za więźniów Guantanamo wykrzykujący hasła o wolności przeciwko ekstradycji. Podobno wynajęci biedacy, tacy sami jak ci grzejący miejsca VIP om. Jakieś grupy ludzi z transparentami zawieszonymi na słupach przypominających krzyże. Wszystko otoczone jest aurą swoistego rytuału, niczym misteria eleuzyńskie, procesja lub droga krzyżowa. Całość przywodzi na myśl kryptoreligijny obrzęd. Bal przebierańców, teatr, karnawał? Jarmark. Wszystko przypomina coroczną bożonarodzeniową pastorałkę. Brakuje jeszcze zbiorowych modlitw za zbawienie złożonego w ofierze. Naokoło tłumy reporterów, kamery, fotografowie. Uderza brak zorganizowanych ugrupowań lewicowych, działaczy związkowych itd.

            Uwagę przyciąga kobieta podająca się za matkę Assange’a, niejaka Christine Assange. To, że nie ma jej w tej chwili na sali rozpraw, bo znajduje się na zewnątrz i udziela wywiadów, bynajmniej nie przyczyniło się do wpuszczenia tam mnie zamiast niej. Obecna na procesie kobieta zupełnie nie przypomina tej z licznych, przedstawiających wypowiedzi matki Assange’a nagrań, na których widzimy zapuszczoną i wysuszoną kobiecinę o raczej nordyckich rysach twarzy, z zaciśniętymi ustami. Przed rozprawą sądową ukazuje się powabna modelka, niczym na czerwonym dywanie, krocząca po korytarzach sądowych jak gwiazda seriali brazylijskich. W długich, ponad kolana kozakach, przylegających legginsach, zdaje się uwodzić każdego, kogo napotka. Nie widzi ona (ani jej styliści?) w tej kreacji nic niestosownego dla rozprawy sądowej, ani tym bardziej dla groteskowo odgrywanej roli matki więźnia politycznego. Jej wydatne, nalane przeciągnięte wyzywającym kolorem usta układają się w łagodny uśmiech, którym obdarza operatora. Przyjmuje zmysłową pozycję, poprawia fryzurę, dobrze prezentuje się w kamerze.

            Gdy się tak człowiek przygląda wszystkim tym obrzędom, rytuałom, przebranym za chrystusów ludziom, a także obserwuje te dziennikarskie rewie, odnieść można wrażenie, że uczestniczy się raczej w jakimś wyreżyserowanym widowisku, czy spektaklu, aniżeli poważnym odgrywającą dziejową rolę procesie sądowym. Oczywiście, mogłyby się w tym momencie podnieść się głosy, że przecież jak zauważył to zajmujący się granicami sztuki widowiskowej Tadeusz Kowzan, pewna doza widowiskowości stanowi nieodłączny komponent każdej rozprawy sądowej, na tej samej zasadzie co parady wojskowej, defilady lotniczej, oratorium, procesji rezurekcyjnej, nabożeństwa, projekcji świetlnych, wykładu akademickiego, lekcji w szkole, nie mówiąc już o towarzyszącym rozprawie wiecu politycznym. Zarówno więc polityczny, jak i proces sądowy będą zawierały w sobie pewne wyznaczniki teatralności i możemy je pewnie za Kowzanem zaliczyć do nieartystycznych zjawisk o charakterze widowiskowym. Choć ze względu na elementy rytuału oraz nabożeństwa, możemy przypisać widowisku sądowemu w pewnej mierze funkcje obrzędowe. Tak więc zarówno widowiskowość, jak i polityczny charakter dotyczy wszystkich rozpraw sądowych. Od spraw o ekstradycję więźniów politycznych poczynając, poprzez sądownictwo kryminalne i rodzinne, na trywialnych sprawach rozwodowych skończywszy.

            Teatralność rozprawy sądowej sama w sobie ma rzecz jasna funkcję polityczną. Jaką rolę odgrywa zatem ten wyreżyserowany w najdrobniejszych szczegółach spektakl wokół sprawy Assange’a? Dla kogo pracują wynajęci aktorzy? Na rozprawie więcej jest Niemców niż Anglików, Amerykanów, nie mówiąc już o innych narodowościach. Wiadomo, że w projekt WikiLeaks zamieszane były od początku fundacje niemieckie, w tym przede wszystkim fundacja Wau Hollanda, w której WikiLeaks ma siedzibę. Nie ma nawet pewności, czy to w ogóle Julian Assange był rzeczywistym twórcą i redaktorem WikiLeaks. Najprawdopodobniej właścicielem domeny wikileaks.org jest John Shipton, domniemany ojciec Juliana i to on powinien zasiadać na ławie oskarżonych, a nie Assange. Twórcami projektu WikiLeaks 04 są także Andy Müller Maguhn, Bernd Fix, Klaus Schleisick, Jens Ohlig i Hendrik Fulda.

            Biorąc pod uwagę, że Assange jest laureatem wielu prestiżowych, często dużo wartych nagród, bardzo prawdopodobne, że łakoma majątku Juliana „kochająca rodzina” sama również maczała palce w jego aresztowaniu. Niewątpliwie przetrzymywanie i więzienie Juliana Assange’a to pokaz siły głównych światowych hegemonów imperialistycznych jak sprawujące władzę nad światem Anglia i Stany Zjednoczone oraz dysponujące najsilniejszym na świecie kapitałem Niemcy. Przykład Assange’a ma być „ku przestrodze”, jako swego rodzaju manifestacja tego, że każdy kto ośmieli się sprzeciwić majestatowi najpotężniejszych mocarstw świata, gorzko tego pożałuje. Można powiedzieć, że Assange odgrywa w tym medialnym spektaklu rolę kozła ofiarnego. I to poświadcza właśnie jak silnie politycznie nacechowana jest to rozprawa.

            Jak już zostało zasygnalizowane, proces Assange’a odbywał się się w eksterytorialnej, autonomicznej dzielnicy City of London w siedzibie Old Bailey. Przyznać trzeba, że architektura tego miejsca jest niepokojąca. Wokół wszędzie biurowce, prywatne firmy, banki. Nad większością głównych drzwi wejściowych do sądu i bram, a także na wszystkich słupach dzielnicy widnieje herb City of London z wizerunkiem dwóch zwróconych ku sobie skrzydlatych smoków, w centralnej pozycji umiejscowiony rycerski hełm. Po środku herbu tarcza rycerska ze złowrogo kojarzącym się czerwonym krzyżem, przywodzącym na myśl wykorzystywaną przez Hitlera symbolikę nazistowską. Nic w tym dziwnego, wszak ma przecież Anglia wspólną z Niemcami tradycję germańską, w tym w szczególności spuściznę celtycką, z której nota bene czerpał w swej propagandzie Hitler. Symbolami celtyckimi, które wykorzystywał oprócz krzyża, były elementy archaicznego alfabetu Celtów – runy. U podstawy herbu City of London zobaczyć można także przedstawiający dewizę autonomicznej gildii napis: Domine dirige nos, co po polsku oznacza „Panie prowadź nas” i jest sentencją łacińską. Sentencja odwołuje się do wartości religijnych, co oprócz tego, że jest Anglia państwem teokratycznym (królowa stoi na czele kościoła anglikańskiego), oznacza iż dla kultury anglosaskiej religia zajmuje w społeczeństwie wysoką pozycję i nie ma nic wspólnego z promowaną w Polsce wizją świeckiego i postępowego Zachodu. Ponadto w stwierdzeniu „Panie prowadź nas” zawiera się pewna doza uniżenia, poddaństwa, myślenia w kategoriach hierarchicznych, chęć oddania się w ręce siły wyższej, potrzeba silnego, despotycznego wodza, który poprowadzi stado zniewolonego ludu. Czyżby twardymi regułami wolnego handlu kierować mógł tylko Bóg? Do tak rozumianych hierarchicznych wartości opartych na relacji pana i niewolnika również odwoływał się Adolf Hitler podobnie jak do tradycji antycznego Rzymu, którego spuścizną są sentencje łacińskie.

            Każdego kolejnego dnia rozprawy pod salą sądową gromadzi się coraz mniej osób. Nie ma już tylu dziennikarzy. Ludzie dla siebie jacyś milsi. Osoby wczoraj jeszcze napastliwe, dziś z uśmiechem ucinają sobie pogawędki pod drzwiami, uśmiechając się do siebie nawzajem, jakby nie te same, z którymi miałam do czynienia w poniedziałek 7 września. Bez trudu dostaję się na salę rozpraw. Drugiego i trzeciego dnia biorę udział w rozprawie. Czwartego dnia rozprawy ja i Monika przychodzimy jeszcze wcześniej. Na miejscu zastajemy śpiących pod sądem kloszardów, którzy  spędzili tutaj prawdopodobnie całą noc, zupełnie jak ci bezdomni w śpiworach na Brought Street, których jeszcze dziś przyjdzie mi spotkać. Tego dnia, ani ja, ani Monika nie dostałyśmy się na rozprawę, która przełożona została na godzinę 11:30. Nie byłyśmy już tego dnia w sądzie. Monika wróciła do Francji, mnie czekały jeszcze dwa dni tułaczki po tym obcym i wrogim państwie. Z Anglią, krajem społecznych nierówności oraz rażących kontrastów, gdzie żyją ludzie bez dostępu do bieżącej wody żegnam się bez tęsknoty. Z ulgą powracam na kontynent mimo całej brutalności francuskiej policji, czy przymusowych testów w kierunku COVID-a na głównej berlińskiej stacji autobusowej, której wyjątkowo gładko udaje mi się uniknąć.

            Pandemia koronawirusa oprócz zniszczenia strefy Schengen oraz doprowadzenia do policyjnych nadużyć wobec obywateli, stanowi pogwałcenie elementarnych praw człowieka jak prawo do obrony, transparentnego i publicznego charakteru procesów i orzeczeń sądowych. Koronawirus pogrzebał wszelkie resztki iluzji tzw. „zachodniej demokracji”. Reżim sanitarny został skrzętnie wykorzystany do cenzurowania i utajniania treści rozpraw, a tym samym ułatwienia konstruowania wymyślonych historii. Albowiem proces Juliana Assange’a ma charakter zarówno polityczny, jak i widowiskowy. A teatralność wynika z politycznego nacechowania sprawy.  Przypadek Assange’a to bowiem farsa i groteska serwowana przez burżuazyjne media głównego nurtu należące do czołowych światowych graczy, mająca na celu podobnie jak pandemia, wzbudzenie powszechnego postrachu. Stanowi manifestację władzy i potęgi imperialistycznych hegemonów jak USA, Anglia i Niemcy oraz sterujących nimi mafii. Jest bowiem sprawa Assange’a procesem fałszywym i stanowi żałosną inscenizację niemającą nic wspólnego z normalną procedurą sądową.


[1]     https://web.archive.org/web/20200924155614/https://www.facebook.com/notes/monika-karbowska/elements-on-the-installation-of-adictatorship-in-europe-julian-assange-julian-a/3476394882427206/

[2]     https://web.archive.org/web/20200924160817/https://m.facebook.com/notes/wikijustice-julian-assange/julian-assanges-hearing-of-07092020-fake-trial-in-a-feudal-court-belonging-to-th/3120410751341136/

Dodaj komentarz

avatar

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

  Subscribe  
Powiadom o