Świat Wiadomości

Czerwona fala w Ameryce Łacińskiej

W Ameryce Łacińskiej ma miejsce obecnie takie masowe przejmowanie władzy przez siły skrajnie lewicowe jakiego ten kontynent nie widział chyba jeszcze w swej historii. 

W Wenezueli prezydentowi Nicolasowi Maduro udało się obronić kraj przed zamachami stanu organizowanymi przez Stany Zjednoczone. Mimo ciągłych pogróżek Waszyngtonu Wenezuela przetrwała i ma się dobrze. Pomimo, że wielu już wieszczyło jej upadek i (w domyśle) przejęcie przez siły prowaszyngtońskie. 

15 czerwca w Peru oficjalnie zakończyło się liczenie głosów w wyborach prezydenckich w drugiej turze. Zwyciężył w nich skrajnie lewicowy Pedro Castillo. JNE Peru (Krajowe Jury Wyborów Peru) co prawda zapowiedziało, że nie ogłosi oficjalnie zwycięzcy, dopóki nie zostaną rozpatrzone wszystkie skargi wyborcze, a turboliberalna Keiko Fujimori (która twierdzi, że Castillo wygrał dzięki oszustwom) nie wyczerpała jeszcze wszystkich środków prawnych, to jednak szanse na odebranie prezydentury Castillo wydają się już teraz bardzo niewielkie. 

Kiedy kilka miesięcy temu dziennikarze The Guardian odwiedzili Pedro Castillo, żeby przeprowadzić z nim wywiad, ten akurat wrócił z pracy w polu w brudnym swetrze i w prowizorycznych butach wykonanych ze zużytych opon samochodowych. W wywiadzie powiedział m.in., że jego dzieci chodzą w tym samym swetrze do szkoły, w tym samym swetrze pracują w polu i w tym samym swetrze śpią. Taki jest poziom nędzy rolników w Peru, chociaż kraj wcale taki biedny nie jest. Hasło wyborcze Castillo to “nigdy więcej biednych w bogatym kraju”. Castillo już zapowiedział, że pod jego rządami, rolnicy staną się najważniejszymi ludźmi w kraju a poprawienie ich bytu jest dla niego najwyższym priorytetem. 

W Boliwii w 2019 roku miał miejsce prawicowy zamach stanu, w którym na krótko udało się odsunąć od władzy socjalistyczną partię MAS i lewicowego prezydenta Evo Moralesa. Zamach stanu ten dowiódł tylko tego jak słabe są już Stany Zjednoczone i jak impotentne w odsuwaniu nieprzychylnych sobie rządów na świecie. Natychmiast po owym zamachu miały miejsce w Boliwii potężne demonstracje poparcie dla Evo Moralesa, które zmusiły prawicowych zamachowców do przeprowadzenia kolejnych wyborów, w których w listopadzie 2020 roku wygrał Luis Arce z partii MAS, długoletni przyjaciel i bliski współpracownik Evo Moralesa. 

W Kolumbii już drugi miesiąc trwają potężne protesty, krwawo tłumione przez prawicową tyranię. Z tego powodu rządy turboliberałów w tym kraju stoją pod wielkim znakiem zapytania. W 2018 wybory prezydenckie wygrał prawicowy rzeźnik Ivan Duque (z ponad 10 milionami głosów), ale drugie miejsce zajął z 8 milionami głosów Gustavo Petro, określany mianem kolumbijskiego Chaveza, albo nawet kolumbijskiego Fidela Castro. Kolumbia od wielu lat jest bastionem skrajnej prawicy. Jeżeli nawet tam do głosu zaczynają dochodzić ludzie tacy jak Gustavo Petro, to znaczy, że kierunek politycznego wiatru w Ameryce Południowej zmienia się o 180 stopni. Kolumbia jest obecnie najważniejszym południowo amerykańskim sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, dlatego informacje o krwawym tłumieniu demonstracji, które przypominają już wojnę domową nie przedostają się do zachodnich mediów. W ciągu 2 miesięcy rewolty zginęło już ok setka ludzi, tysiące zostało rannych, wielu ludzi “zniknęło” (najprawdopodobniej zostali porwani i zamordowani przez prawicowe szwadrony śmierci). W Kolumbijskich rzekach podobno odnajdywane są czasem odcięte głowy tych “zniknietych” ludzi. W Kolumbii znajduje się też kilka baz wojskowych Stanów Zjednoczonych, dlatego też zapewne kraj ten jeszcze długo nie wyzwoli się spod buta Waszyngtonu, ale pogrążony w chaosie nie będzie już tak wielkim zagrożeniem dla sąsiedniej Wenezueli. 

W Ekwadorze miały miejsce w kwietniu tego roku wybory prezydenckie, które niestety wygrał prawicowy Guillermo Lasso, pomimo, że wszystkie przedwyborcze sondaże dawały zwycięstwo lewicowemu Andresowi Arauzowi. Niewiele brakowało a scenariusz ten powtórzył by się w czerwcu w Peru. Tam również wszystkie przedwyborcze sondaże wskazywały na zwycięstwo Pedro Castillo, jednak ostatecznie wygrał on przewagą zaledwie 0,2 punktu procentowego. Ekwador będzie musiał niestety poczekać na wyzwolenie się od “zaradnych życiowo ludzi”. 

Ciekawe rzeczy dzieją się też w Chile, ojczyźnie Salvadora Allende i prawicowego ludobójcy Agusto Pinocheta słynącego z tego, że mordował swoich przeciwników politycznych a ich zwłoki wyrzucał z helikopterów do oceanu, żeby zatrzeć wszelkie dowody zbrodni. Od dwóch lat ma tam miejsce rewolta przeciwko turboliberałowi Sebastianowi Pinera. Potężne demonstracje, gromadzące nieraz nawet ok milion ludzi zmusiły Pinere do szerokich ustępstw na rzecz ludu i przede wszystkim zmusiły do napisania nowej konstytucji, albowiem obecna pochodzi jeszcze z czasów znienawidzonego, prawicowego, chorego tyrana Agusto Pinocheta. W przeprowadzonych w maju wyborach samorządowych burmistrzem Santiago (stolicy Chile) została Irací Hassler – kandydatka PCI (Komunistycznej Partii Chile). Komuniści w Chile zostali burmistrzami jeszcze 9 innych miast. W listopadzie obecnego roku mają się odbyć w Chile wybory prezydenckie, których faworytem sondażowym jest Daniel Jadue z partii komunistycznej. Palestyńczyk z pochodzenia. Kampania wyborcza już trwa. 

Jeżeli spojrzymy na mapę Ameryki Południowej to zobaczymy, że wspomniana wyżej prawicowa Kolumbia graniczy od wschodu z Wenezuelą od południa z Peru, które właśnie wstąpiło do klubu skrajnej lewicy a od południowego wschodu z Brazylią, która obecnie jest rządzona przez “tropikalnego Trumpa” Jaira Bolsonaro. Kryptonazista Bolsonaro doszedł do władzy tylko dzięki temu, że prawicowej mafii udało się wplątać lewicowego kandydata Lule da Silve w aferę z rzekomym przyjęciem łapówki. Da Silva trafił z tego powodu do więzienia na krótko przed wyborami, chociaż nikt nie wierzył w bajkę o jego rzekomym przyjęciu łapówki w postaci mieszkania. Bolsonaro nigdy nie wygrałby z Lulą da Silva w demokratycznych wyborach, dlatego została zorganizowana ta hucpa. Jednak niedługo po tym zdarzeniu Sąd całkowicie oczyścił da Silvę z zarzutów, ten opuścił więzienie i nadal jest jednym z najpopularniejszych polityków w kraju. W 2022 roku ma wielkie szanse objąć ponownie prezydenturę. Luiz Inácio Lula da Silva był prezydentem Brazylii w latach 2003–2011, jest socjaldemokratą i antyimperialistą, bliski przyjaciel Fidela Castro i Hugo Chaveza. Brazylia, jeśli chodzi o wielkość to w zasadzie pół Ameryki Południowej, z liczbą ludności ok 210 mln i powierzchnią 8,5 mln km kwadratowych. Jest to obszar podobny wielkością do obszaru Stanów Zjednoczonych lub Chin. Gdyby w tym kraju dodatkowo jeszcze przejął władzę Lula da Silva w 2022 roku, to prowaszyngtońska Kolumbia mogła by zostać zduszona na różne sposoby a kontynent Południowej Ameryki stał by się trzecim największym po Chinach i Rosji bólem głowy dla upadających Stanów Zjednoczonych. 

Ale to jeszcze nie wszystko, nie wspomniałem jeszcze o Argentynie, w której w 2019 roku prezydenckie wybory wygrał Alberto Fernandez, który w czasie prawicowego puczu w Boliwii dał schronienie Evo Moralesowi i przez cały ten czas wspierał go politycznie na arenie międzynarodowej, broniąc przed wyssanymi z palca oskarżeniami puczystów. Alberto Fernandez to peronista, centro-lewicowy zwolennik “trzeciej drogi” między kapitalizmem a komunizmem, z naciskiem na sprawiedliwość społeczną, zwolennik pełnej niezależności od Stanów Zjednoczonych. 

Ponadto donoszę, że na Kubie po śmierci Fidela Castro komunizm nie “upadł” jak zapowiadało to wielu “mędrców”, a w Nikaragui do dnia dzisiejszego rządzi marksista-sandinista Daniel Ortega. 

Taka jest obecna Ameryka Łacińska. 

Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments