Artykuł

O wyzysku urzędników

Odrodzenie Komunizmu stale piętnuje wszystkie grzechy tzw. przedsiębiorców – rodzimych pożal się boże januszy biznesu, ale i wyzyskiwaczy większego, międzynarodowego kalibru. Jest to ewenement na całej polskiej sceny politycznej, zaczadzonej liberalnymi dogmatami o niepokalanym poczęciu Leszka Balcerowicza. Dzień w dzień publikowane są tu nowe filmy, artykuły, wiadomości. Ja zaś opowiem wam, jakim wyzyskiwaczem jest państwo polskie. To państwo, które rzekomo wstaje z kolan, jest silne, moralnie szlachetne, prawe i sprawiedliwe. Opowiem wam jak wygląda praca w instytucji państwowej, jak przez państwo traktowany jest zwykły, szeregowy pracownik administracji rządowej i samorządowej. Będzie to na Odrodzeniu Komunizmu głos nowy i mniej popularny. Dla bezpieczeństwa nie podam żadnych szczegółowych danych, sytuacja dotyczy całego kraju i placówek wszystkich szczebli. Wszystkie opisane sytuacje są z życia wzięte.

Wielu pracownikom najemnym spędzającym swoje życie na pracy w januszexie, może się wydawać, że urzędnicy stanowią uprzywilejowaną grupę zawodową, której nie dotyczą patologie systemu kapitalistycznego. Wszak „urzędasy” siedzą sobie wygodnie w biurze, zamiast w chłodni jak Towarzysz Michał, przeglądają papiery, grają w pasjansa i piją kawę przez cały dzień. Rzeczywistość wygląda inaczej.

Zacznijmy od początku. Jak można dostać się do pracy np. w urzędzie gminy, ratuszu, starostwie, sądzie, czy w jakimś inspektoracie? Trzeba oczywiście wygrać konkurs na wolne stanowisko urzędnicze. Nie jest to takie proste jeśli nie posiada się właściwych znajomości, czy też układów rodzinnych/politycznych. Większość konkursów jest z góry ustawionych i łatwo można przewidzieć kto dostanie pracę. Najczęściej okazuje się, że to siostrzeniec prezesa, synowa dyrektora albo członek partii, która opanowała dany urząd. Wymagania w ofertach pracy są skrojone dokładnie pod konkretną osobę. Zdarza się, że konkurs wygrywa osoba, która od lat już pracuje w danej jednostce, lecz na jeszcze bardziej parszywym stanowisku, lub śmieciowej umowie.

Umowy śmieciowe w urzędach to temat rzeka. Wielu, naprawdę wielu urzędników, których możecie zobaczyć załatwiając swoje sprawy, to pracownicy na poniżających gównoumowach. Jedną z gorszych jest staż z urzędu pracy. Stażysta to pracownik, który wykonuje najgorszą, urzędniczą robotę, którą obarczony jest przez kierowników, naczelników itd. Pracuje ponad siły, mając nadzieję na to, że ktoś zauważy jego starania, lecz to nigdy nie następuje. Za kilka miesięcy zastąpi go nowy stażysta. Pracuje w teorii 8 godzin, lecz w praktyce musi zostawać po godzinach lub przychodzić do pracy wcześniej, żeby nadążyć z robotą. Staże są krótkie, trwają kilka miesięcy, po których urząd ma obowiązek zatrudnić stażystę choćby na chwilę, dzieje się to jednak rzadko, a stażysta wylatuje z powrotem na bezrobocie. Staż nie jest umową o pracę, więc stażyście nie przysługują żadne prawa pracownicze. Po stażu nie należy się nawet zasiłek dla bezrobotnych. W mniejszych miejscowościach staż to jedyna szansa na jakiekolwiek utrzymanie się przy życiu. Staż wbrew pozorom to nie jest forma nauki, sytuacja przejściowa przeznaczona dla ludzi zaraz po szkole. Ludzie na stażach pracują LATAMI. Wystarczy, że urząd co roku wnioskuje o tego samego stażystę, podając, że tym razem będzie pracował rzekomo na innym stanowisku. Ile zarabia stażysta? Nieco powyżej tysiąca złotych miesięcznie. Skoro stażysta zarabia połowę minimalnej pensji, wynika z tego, że ma o połowę mniejszy żołądek, śpi na połowie łóżka i chodzi w jednym bucie. Stażysta jest czymś gorszym niż proletariusz, to najgorszy śmieć na rynku pracy.

Innym rodzajem urzędnika jest pracownik na umowę-zlecenie. Ich też jest w urzędach mnóstwo. Jego sytuacja jest trochę lepsza — ma płacone minimalną ustawową stawkę za godzinę więc przynajmniej nie zdechnie z głodu. Umowy-zlecenia mają swoje ciemne strony — po pierwsze są krótkie, krótsze nawet od stażu, potrafią trwać zaledwie dwa tygodnie (80h). Po drugie, zlecenie precyzyjnie określa zakres czynności, jakie pracownik musi wykonać w trakcie trwania umowy. Zadanie zlecone w umowie zazwyczaj jest niewykonalne w określonym czasie, ale pracownik nie ma innego wyjścia i musi się zgodzić na narzucone warunki. Jeżeli zlecona czynność nie zostanie wykonana na czas, nie zostanie wypłacone wynagrodzenie. Praca na zleceniu oznacza wyścig z czasem, mordercze tempo, zabieranie pracy do domu, stres i ubytek na zdrowiu.

Inną urzędową śmieciówką jest umowa o pracę w ramach robót publicznych/prac interwencyjnych finansowanych przez urząd pracy. Taka umowa stanowi luksus i obiekt westchnień stażystów. Trwa 6 miesięcy, jest umową o pracę, jest dobrze płatna, bo w wysokości całej aż płacy minimalnej. Stosunkowo trudno jest zdobyć taką umowę — są to miejsca zarezerwowane dla niższych rangą lokalnych znajomych burmistrza, starosty, wojewody itp. lub dla pomniejszych sympatyków partii politycznej panującej w urzędzie. Tacy ludzie żyją w sześciomiesięcznej perspektywie czasowej, w niepewności czy otrzymają jeszcze pół roku miłosierdzia, a po wyborach samorządowych, gdy wygrywa inna partia, masowo tracą pracę, której właściwie nie mieli. Błagają szefa urzędu o jeszcze jedną umowę, a on zgadza się, albo nie. Ludzie pracują na robotach publicznych/pracach interwencyjnych przez nawet ponad 10 lat. Kombinatorstwo doszło do tego stopnia, że system pracy niekiedy wygląda następująco: rok pracy, pół roku zasiłku, rok pracy, pół roku zasiłku, dwa lata przerwy, i od nowa…

Jeżeli kandydatowi na urzędnicze stanowisko jakimś cudem uda się uczciwie wygrać konkurs, czeka go rajd po umowach o pracę na czas określony. Takiego nowego pracownika można w każdej chwili pod byle pretekstem wymienić na bardziej lojalnego, bardziej znajomego. Miało to miejsce w pewnym urzędzie skarbowym. Przełożeni nie pogodzą się z tym, że wygrał ktoś, kto nie powinien.

Uwaga kumulacja: umowy śmieciowe łączą się i wirują, tworząc karuzelę spierdolenia. Nikogo nie dziwi, że urzędnik najpierw pracuje na stażu, potem dostaje miesiąc zlecenia, następnie klepie biedę na bezrobociu przez trzy miesiące tylko po to, by wrócić na zastępstwo na pół roku. Potem przerwa, bo staże ruszają dopiero po nowym roku. Dzień jak co dzień, dzień po dniu, wciąż się dzieje wyzysku cud.

Pracownicy na śmieciowych umowach pozbawieni są przywilejów należnych ludziom pracy. Nie dotyczą ich żadne nagrody, dodatki motywacyjne, zapomogi losowe, pożyczki pracownicze, trzynastki, dopłaty do okularów korekcyjnych, paczki świąteczne, okresy wypowiedzenia, urlopu, nie liczą im się lata pracy. Zupełnie nic. Traktowani są jak gorszy sort, jak podludzie. Młodzi pracownicy ze łzami w oczach słuchają opowieści starszych o tym jak dobrze pracowało się w PRL. Jak łatwo było zdobyć pracę, utrzymać się w niej. Jak to było wesoło w urzędzie, jak pracownicy pomagali sobie wzajemnie, a robotę wykonywało się z poczucia odpowiedzialności za ojczyznę i obywateli, jak zakład pracy przydzielał mieszkania na nowym osiedlu, Teraz odebrane zostało wszystko, co komuna wywalczyła i dała ludziom. Jedyne co ma do zaoferowania kapitalistyczna gównopolska to tylko zapierdol aż po kres śmieciowej umowy.

Czy praca w urzędzie jest lekka i przyjemna? W żadnym wypadku. Panuje powszechna redukcja etatów, a obowiązków wciąż przybywa. Rosnąca biurokracja, nowe idiotyczne przepisy, nowe systemy informatyczne wykluczające się nawzajem, nawał pracy narzuconej odgórnie, kary za najmniejsze opóźnienia, mobbing ze strony szefostwa, śmieciowe umowy, głodowe pensje, niepewność jutra. Likwiduje się etaty osób, które odchodzą na emeryturę, w to miejsce nie przyjmuje się nikogo nowego. Pracę, którą jeszcze niedawno wykonywały 3 osoby, teraz wykonuje jedna, która nie daje rady. Pracownicy są przeciążeni pracą, i nikogo nie interesuje sytuacja danego pracownika. Trzeba zdążyć z papierami w ustawowym terminie pod groźbą grzywny i szykan. Można oberwać nawet za zjedzenie kanapki i dłuższe wyjście do toalety, bo przerwa obowiązuje tylko na papierze. Taka obozowa atmosfera i obciążająca praca umysłowa w nadmiarze szybko prowadzą do wypalenia zawodowego i chorób psychicznych. Wielu urzędników wspomaga się energetykami, biorą środki uspokajające. Zdarzył się przypadek poronienia u pracownicy po jednej z awantur.

Patologią polskich urzędów jest zlecanie wszystkiego, co tylko się da, firmom zewnętrznym. Usługi np. sprzątania, ochrony budynku, transportu, porządkowania akt, napraw hydraulicznych, elektrycznych, przeglądów technicznych, usług pocztowych — wykonują prywaciarze. Polskie państwo jest do tego stopnia tekturowe, nieudolne i nie radzi sobie z zarządzaniem samym sobą, że musi prosić o pomoc sektor prywatny. W urzędach co roku odbywają się przetargi, które wygrywa firma najmniej płacąca pracownikom, najgorzej wykonująca zadania, ale za to najtańsza. Dlatego też, pracownicy tych firm pracują na umowach zawieranych na rok lub na zleceniach, nigdy nie wiedzą, czy ich firma wygra kolejny przetarg. Normalnością są coroczne przeprowadzki lub zwolnienia, bo firma A wygrała przetarg w mieście B, rok później w mieście C, a w następnym roku upadła, bo nie wygrała nigdzie. Jest to nieustanny wyścig za zyskiem poprzez oszczędność na pracownikach. Głodowe stawki są na porządku dziennym. Oto przykład z życia: urząd płaci firmie sprzątającej ok. 25 tys. zł miesięcznie za utrzymanie czystości w budynku. Firma sprzątająca zatrudnia cztery sprzątaczki na pół etatu, którym płaci niewiele ponad tysiąc zł. Zamiast 4 godzin dziennie pracują co najmniej 6. Najgorszych, rozwodnionych środków czystości zawsze brakuje już w połowie miesiąca. Gdzie podziała się pozostała kwota? Wszyscy wiemy. Inny przykład to firma ochroniarska. Poziom patologii doszedł do tego stopnia, że zatrudniają tylko osoby z grupą niepełnosprawności, aby wyłudzać refundację z Pefronu. Kapitalistyczną innowacją jest wysyłanie na interwencję tylko jednego, w dodatku niepełnosprawnego ochroniarza. Aby nie narażać swojego życia za minimalną krajową, w przypadku wezwania jedzie on powolutku, okrężną drogą, wstępuje po drodze na kawę, aby dotrzeć na miejsce kiedy sprawcy zdążą już zrobić swoje i uciec. Następny przykład — urząd płaci specjalistycznej firmie robiącej porządek w aktach. Firma działa na obszarze całego kraju i wysyła swoich pracowników w delegację. Płaci im niewiele ponad pensję minimalną. Pracownicy spędzają swój prywatny czas na przejazdach, nocują w najtańszych kwaterach prywatnych — norach bez ogrzewania. Następnie zaś pracują w pośpiechu i byle jak, żeby tylko zdążyć z wykonaniem zlecenia i nie stracić pracy. Państwo polskie wyzyskuje pracowników rękami burżuazji. A w dodatku my, podatnicy, zamiast z naszych podatków utrzymywać pracowników administracji, utrzymujemy całą armię kapitalistów.

Jak widzimy, państwo polskie jest państwem z gówna — musi podpierać się stażystami, zleceniobiorcami, firmami prywatnymi, żeby jakoś funkcjonować. Placówki państwowe działają w znacznym stopniu dzięki pracy ludzi na śmieciówkach. Urzędy opierają się na dziadostwie, i gdyby zabrakło stażystów i zleceniobiorców to polska administracja przestanie działać. Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że urzędnicy zatrudnieni na umowach o pracę na czas nieokreślony, za stawkę wyższą niż płaca minimalna, którzy mają godne warunki pracy, stanowią w Polsce mniejszość. Szeregowi urzędnicy nie są elitą i wykształciuchami. Są nimi np. wójtowie, którzy zarabiają po 20 tysięcy miesięcznie. Szeregowi pracownicy sekretariatów sądów nie są kastą sędziowską — cierpią oni wyzysk tak samo jak robotnicy u przedsiębiorczych przedsiębiorców. Są wyzyskiwani, gnębieni, poniżani, nie mogą liczyć na stałą pracę. Związki zawodowe w sądach i urzędach są nieskuteczne, wykonują pozorne ruchy i pobierają składki członkowskie.

Tylko Polska Partia Robotnicza może uzdrowić chorą sytuację ludzi pracy. Tylko PPR może nas wyzwolić

Subscribe
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Myśliciel
Myśliciel
5 miesięcy temu

Szczera prawda ! Tak niestety jest w urzędach, oligarchia zrobiła sobie z Polski prywatny folwark !!!